wtorek, 19 września 2017

Druga szansa

Cześć! Nie jest to może najlepszy pomysł, żeby wstawiać tak pesymistyczne opowiadanie we wrześniu... Mam nadzieję, że nie będziecie mi mieli tego za złe;)
Jest to ostatnie opowiadanie z obozu literackiego 2017. Jeśli pamiętacie, na każdym takim wyjeździe pisałam tzw opowiadanie końcowe. Był to tekst, który lądował w antologii/był przedstawiany osobom z innych kolonii. W tym roku jednak nie zamierzam publikować tego opka. Czemu? Ponieważ jestem z niego całkowicie niezadowolona. Mogę się wykręcać tym, że temat mi nie podpadł, jednak prawda jest taka, że to najgorszy napisany przeze mnie tekst od lat.
Jeśli chcecie znać zadanie, które dostaliśmy, to odświeżcie sobie to opowiadanie z zeszłej kolonii. Zdanie, jakie dostałam, brzmiało "Asia ułożyła w rzędzie na biurku cztery markery, jedenaście długopisów i osiem ołówków".
Zapraszam do podzielenia się swoją opinią na temat tekstu!


Odetchnęłam, wyciągając cztery markery, jedenaście długopisów i osiem ołówków. Ułożyłam je wszystkie w rządku, segregując je według długości ‒ od najkrótszych ołówków po najdłuższe, a zarazem najgrubsze markery. Tymczasem egzaminator stał przy tablicy i mówił o tym, że mamy półtorej godziny, że arkusz powinien mieć piętnaście stron i tak dalej. Wiedziałam to wszystko, dlatego nie słuchałam zbyt uważnie. Zamiast tego przypominałam sobie, dlaczego się tutaj znalazłam.
Rok temu, pisząc egzamin dojrzałej czarownicy, miałam przy sobie zaledwie jeden długopis, jeden ołówek i jedną linijkę. Zamiast skupić się na przygotowaniu odpowiedniej liczby przyrządów, wieczór przed maturą przeglądałam notatki ze wszystkich lat mojej nauki. Na moim biurku piętrzyły się zeszyty i podręczniki przeznaczone dla klas 1-10 Podstawowej Szkoły Magii, na podłogach leżały repetytoria i książki dla maturzystów. Chociaż dziewięć egzaminów końcowo rocznych zdałam na sto procent, byłam pewna, że zapomnę jakiegoś podstawowego wzoru na zaklęcie przekształcające materię. Doprawdy, gdyby ktoś mnie wtedy zobaczył, na pewno by się przeraził: piętnastolatka w rozwalonym koku, z twarzą mokrą od łez, wirująca między stosami papieru, wykrzykująca wszystkie znane jej wzory.
Na szczęście moja rodzina i przyjaciele już się nauczyli, żeby nie zaglądać do mnie w tym trudnym czasie. Każda próba pocieszenia kończyła się rzuceniem przeze mnie czaru na odebranie samej sobie słuchu.
Tak więc parę godzin przed maturą spakowałam przypadkowe przyrządy do torebki, założyłam mundurek i nałożyłam makijaż, aby ukryć opuchliznę wokół oczu po przepłakanym wieczorze. Przez całą drogę do szkoły myślałam tylko o historii ogólnej, historii magii i językoznawstwie ‒ działach, które lubiłam najmniej. Daty i alfabety wirowały mi w głowie, ani pół myśli nie poświęciłam dla nieszczęsnego długopisu i ołówka.
Dostałam arkusz, sięgnęłam po długopis. Napisałam na pierwszej stronie swoje imię i nazwisko. Jeszcze raz. I kolejny. Próbowałam pięć razy, dopóki nie zrozumiałam, że używam niedziałającego narzędzia piśmienniczego.
Łzy rozmazały mi widoczność, ale strzepnęłam je natychmiast. Przecież miałam ołówek. Co z tego, że nauczyciele przez dziesięć lat wbijali mi do głowy, że czarny tusz to jedyny słuszny atrament. Przez tę zasadę odczuwałam panikę na myśl, że mogę pisać czymś innym niż czarnym długopisem.
Wypełniłam niemalże połowę testu, kiedy rysik się złamał.
Z tamtej matury osiągnęłam czterdzieści osiem procent. Jeszcze dwa i bym zdała.
Niezdanie matury za pierwszym razem na sto procent zniszczyło moje marzenie. Chciałam dostać się na Uniwersytet Czarodziejstwa Znamienitego, czyli najlepszą uczelnię na całym świecie. Pracowałam na to tak długo, a wszystko zniszczyłam, bo bałam się poprosić kogoś o nowy długopis. Musiałam powtarzać ostatnią klasę, miałam za sobą trzy nieudane próby samobójcze i pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Nie widziałam w sobie człowieka, lecz człowiecze odchody, dopóki moja mama nie napisała do rektora Uniwersytetu.
Okazało się, że mój przypadek jest „szczególny” i jeśli kolejną maturę zdam z najwyższym wynikiem, profesorowie z dumą powitają mnie na Uniwersytecie.
Tak więc siedzę tutaj, teraz, wśród czarownic młodszych ode mnie o rok, a przede mną leżą dwadzieścia trzy przybory piśmiennicze.