sobota, 13 września 2014

Typowy dzień pisarki-amatorki


Tak z okazji weekendu wstawiam nowe opowiadanie :D
Krótka historia: jeszcze nigdzie wcześniej nie opublikowane. Napisane w tym tygodniu. Miałam problemy z gatunkiem, ale ostatecznie stanęło na obyczajowo-przygodowym ;)
Przejdźmy do konkretów:
Monotonny głos nauczycielki był wręcz usypiający. Chociaż temat należał do ciekawszych, pani od biologii mówiła pełnym znudzenia głosem, na dodatek cały czas w tym samym tonie. Spróbowałam się jeszcze raz skupić na słowach Nowakowskiej, która mamrotała mniej więcej coś w tym stylu:
  …doskonale to wiecie z podstawówki, istnieją różne rodzaje pasożytów, w tym wszy, owsiki, tasiemce… Zakryłam ręką usta, aby stłumić ziewnięcie. Zerknęłam na siedzącego przede mną Adama. Kopnęłam nóżkę krzesła, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. Mój kolega odwrócił się, uważając, żeby Nowakowska nie zauważyła tego poruszenia.
      Która godzina? – wyszeptałam. Ten sprawdził na swoim zegarku, po czym odszepnął: 
    Siedem minut. – Odwrócił się z powrotem. Uśmiechnęłam się w duchu. Jeszcze tylko siedem minut i weekend! Ukradkiem zaczęłam pakować książki do plecaka. Po chwili poczułam, jak moje krzesełko przesuwa się o kilka centymetrów. Odwróciłam się do Agnieszki i Wiktorii.
      Czemu się pakujesz? Jeszcze siedemnaście minut! – burknęła Wika. Wywróciłam oczami.
      Zegarek ci się spóźnia. Adam mi powiedział, że jeszcze siedem – sprostowałam.
      A może to jego się spóźnia? wtrąciła Aga. Wiktoria zrobiła ten swój dziwny ruch ręką w stronę Agi, który miał oznaczać, że się z nią zgadza. Ponownie wywróciłam oczami i znów zwróciłam się w stronę tablicy. Zabawne, wyglądało to tak, jakby czas się pogubił i w ławce przede mną biegł szybciej, a w ławce za mną – wolniej…. Zaraz, co? Wyciągnęłam jakikolwiek zeszyt z plecaka, wyrwałam kartkę z środka i zapisałam swój nowy pomysł. Ze zniecierpliwieniem zaczęłam wystukiwać nogami rytm, czekając na zakończenie lekcji.
     Te siedem minut ciągnęło się w nieskończoność. Większość ludzi już spakowało zeszyty i książki i poddało się nudnym rozmową z kolegą, czy też koleżanką z ławki. Nowakowska, przyzwyczajona do takiego zachowania gimnazjalnych klas, czytała notkę z podręcznika. Ja uparcie wpatrywałam się w plecak, żeby go wreszcie założyć na jedno ramię i pognać do domu. Myślałam tylko o jednym: pomysł. Zaczęłam rozbudowywać fabułę i już układałam pierwsze zdanie, gdy zabrzmiał ten dźwięk, który albo był najlepszym, co może być, albo najgorszym sygnałem świata – dzwonek.
     Porwałam plecak i jakimś cudem pierwsza wybiegłam z klasy. Nowakowska coś tam gadała jeszcze, ale jej nie słuchałam. Zresztą, jeśli zapowiadała kartkówkę, to i tak dowiem się tego od Oli, która zawsze wychodziła jako ostatnia z sali. Była takim naszym „informatorem”. To od niej wiedzieliśmy o wszystkich tekstach z biologii.
    Biegłam przez coraz bardziej zaludniony korytarz, kiedy usłyszałam, jak ktoś mnie woła. Odwróciłam się. To był Adam, który przepychał się między gimnazjalistami.
      Gdzie ty idziesz? – wydyszał, próbując złapać oddech. – Przecież do szesnastki w tamtą stronę! – dodał, wskazując na schody po drugiej stronie korytarza. 
      – Ale… jak to? – odparłam zdziwiona. – Przecież już koniec lekcji…
    A zajęcia dodatkowe z matmy? A test we wtorek? Zresztą, obiecałaś Szpakowskiej, że przyjdziesz.
       Na śmierć zapomniałam! – jęknęłam ze zrezygnowaniem.
       Jak mogłaś zapomnieć o zajęciach, na które przychodzisz co tydzień? – odparł z uśmiechem. Przygryzłam wargę. Miałam problemy z matmą i poświęcałam jej dwa razy więcej czasu, niż innym przedmiotom, chociaż to na języku polskim i historii powinnam się skupić, w końcu chciałam pójść na humanistyczne w liceum. Jednak moja mama, jako matematyczka, profesorka i tak dalej, nie wyobrażała sobie swojej córki z oceną niższą niż cztery z matematyki. Spojrzałam na sufit, licząc, że pojawi się tam odpowiedź – pędzić ile sił do domu, czy zostać jeszcze godzinę w szkole w piątek? Zacisnęłam rękę w pięść i burknęłam do Adama:
      Dobra, wygrałeś. Nie chciałabym widzieć miny mojej mamy, gdybym przyszła przed zajęciami. – Chłopak uśmiechnął się triumfalnie i ruszył razem ze mną w stronę szesnastki.
W szesnastce czekało już kilka osób z trzecich i drugich klas. Oprócz mnie i Adama, z mojej klasy na korepetycje z matmy chodziła jeszcze tylko Magda, która przygotowywała się do olimpiady. Uśmiechnęła się do mnie, kiedy zajęłam miejsce obok niej.
      Ile jeszcze ci czasu zostało do tej całej olimpiady? – wymamrotałam, bowiem Szpakowska już wchodziła do klasy.
      Jeszcze tylko niecały tydzień – jęknęła. Nie wiem, czy bardziej się stresowała, czy cieszyła, że bierze udział w tym konkursie. Skinęłam głową, po czym wbiłam wzrok w surowe oblicze nauczycielki.
      No, coś tutaj was dzisiaj sporo… Magda, jak się czujesz przed olimpiadą? – rzuciła na dzień dobry. Moja koleżanka wymieniła z nią kilka zdań, po czym przeszliśmy do konkretów.
      Sebastian, chcesz poprawiać ten test z twierdzenia Pitagorasa, tak? Mhm, gdzie ja to mam… O, Mateusz i Sylwia, wy chyba chcieliście napisać zaległą kartkówkę, tak? Ach, jest Adam i Karolina, wy chcieliście się poduczyć do testu na wtorek, mam rację? – zaczęła swój cotygodniowy wywód. Westchnęłam cicho, patrząc na rysunek pomocniczy dla nas, który zaczęła kreślić. Mogłabym już mieć napisane ze cztery, może pięć stron, ale nie, musiałam tutaj siedzieć! Cmoknęłam, próbując się skupić na tym, co mówiła Szpakowska. A ona zdecydowanie lepiej wyjaśniała temat od nauczycielki biologii.

***

       Gdy wreszcie stanęłam przed furtką, byłam zdyszana po długim biegu ze szkoły, a po głowie krążyły mi najróżniejsze działania z potęgowaniem potęgi. Wyjęłam z plecaka klucze, którymi otworzyłam drzwi. W domu była już moja siostra.
      Cześć – rzuciłam. Aniela siedziała na kanapie w salonie i oglądała jakiś tandetny serial. Nawet nie oderwała wzroku od telewizora. – Słyszysz mnie? Powiedziałam cześć!
      Hej – odparła nieobecna. Wywróciłam oczami. No tak, to w końcu piątek. W ten dzień moja siostrzyczka albo siedzi przed komputerem, grając w jakieś gry, których kompletnie nie rozumem, albo ogląda telewizję, ewentualnie rysuje sceny do swojego komiksu. Impreza na zakończenie tygodnia? Nie, dzięki, wolę siedzieć w domu i psuć sobie oczy.
      Wspięłam się po schodach na górę i weszłam do swojego pokoju. Zostawiłam plecak pod beżową ścianą i położyłam się na niepościelonym łóżku. Najchętniej to bym sobie zasnęła, ale muszę odrobić lekcje, żeby się nie stresować przez sobotę i niedzielę. Jęknęłam, wstając z łóżka. Po chwili ja siedziałam na krześle, a przede mną leżały książki i zeszyty. Otworzyłam podręcznik od polskiego na stronie z fragmentem książki „Momo” Endego. Była to jedna z moich ulubionych powieści, dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam, że mamy na podstawie fragmentu napisać wypracowanie o marnowaniu czasu. Przewróciłam kartkę, żeby przypomnieć sobie dokładną treść ćwiczenia, kiedy znalazłam kartkę z zeszytu. Widniały na niej słowa: „Poplątanie czasowe, od ławki wprzód – śpieszy, od ławki w tył – spóźnia, w środkowej – dobrze działa.”. Chwilę trwało, zanim zrozumiałam, o co chodzi. Moje notatki zawsze były chaotyczne i trudne do odczytania. Teraz o mało co nie zrzuciłam moich pomocy naukowych na ziemię. W tempie błyskawicznym schowałam książki i zeszyty do szafki i wyjęłam laptop. Już po chwili na monitorze widniała pusta kartka papieru A4. Trzymając ręce na klawiaturze i wbijając wzrok w ekran, układałam historię. Opowieść miała być o tym, jak pewna dziewczyna odkrywa pomieszanie czasowe – przed nią czas się śpieszy, a za nią – spóźnia. Tylko co dalej…? Długa podróż do Centrum Zarządzania Czasem na Ceres, planecie karłowatej! A tam odkrycie, że cały problem tkwi… no właśnie, w czym tkwi? Przygryzłam wargę. To może być wojna Ceresu z Westą... tak, a Centrum Zarządzania Czasem został w części zniszczony przez bomby Werestańczyków! A surowce do odbudowania budowli znajdują się w zupełnie innej części galaktyki… w Układzie Księżycowym, tak! Zabębniłam palcami o blat biurka. Fabuła rozrysowania, teraz czas zacząć pisać! Położyłam palce na klawiaturze, niczym pianista przed rozpoczęciem koncertu. Wystukałam dwa pierwsze słowa, jednak pierwsze zdanie, które mi się spodobało i nadawało się na początek powstało po pół godzinie.

***
      Jęknęłam, patrząc na głupoty, które napisałam. Opowieść liczyła sobie dwadzieścia trzy strony, a ja i tak jeszcze jej nie skończyłam. Szczerze mówiąc, to chciałam wszystko usunąć i napisać od początku. Było jednak parę minut po północy, a powieki same mi opadały. Po chwili, ze zniesmaczoną miną wyłączyłam laptopa i poszłam do łazienki, aby przygotować się do snu. Naturalnie jutro znów zacznę pisać, chociaż już mi się odechciało. Napiszę to, zaraz po tym, jak odrobię lekcje.

9 komentarzy:

  1. Założyłaś bloga! Super, będę czytać!
    To ja, Muminek z literackiego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muminek! <3
      Hejo! Ja też już lecę na Twojego bloga i nadrabiam zaległości :)
      Cieszę się, że wpadłaś! ^^
      Pozdrawiam, kotołaczka02

      Usuń
  2. Właśnie przeczytałam to zacne opowiadanie i właśnie zamierzam zostawić zacną ocenę (pragnę podkreślić słowo: ,,zamierzam", gdyż- ,,gdyż" rządzi! Cieszę się, że też lubisz to słowo:D- nie zawsze wychodzi mi zacnie). Tak, lubię słowo ,,zacny". Jest takie... zacne.
    Opowiadanko czytało się bardzo szybko, lekko i przyjemnie. Podobały mi się lekko cyniczne, dowcipne komentarze narratorki (najbardziej podobał mi się ten dotyczące siostry głównej bohaterki:D) i Twój sposób opowiadania.
    Fajny pomysł na tekst, mam bardzo podobnie!
    Znaczy... no, u mnie jest troszkę inaczej. Mam w głowie pomysł, który cały, calutki dzień jest w mojej głowie, bo albo (jak było w przypadku głównej bohaterki Twojego opowiadania) nie mam okazji, aby go zapisać, albo myślę sobie: ,,Po co bazgrać na świstkach papieru, skoro wrócę do domu i napiszę od razu na czysto?". I niestety kończy się to tak, że potem moja wena twórcza wyparowuje albo po prostu mi się nie chce. No i siadam do komputera, próbuję pisać i mam dokładnie tak, jak zostało to opisane w końcówce Twojego opowiadania- piszę jakieś bzdury, milion razy poprawiam pierwsze zdanie... no i głównie poprawiam. Wszystko. Często także po prostu zniechęcam się i surfuję po necie.
    Ale, ale. Wracam do Twojego tekstu.
    Akcja toczyła się dosyć płynnie, wszystko było spójne. Znalazło się troszkę literówek (np. ,,Fabuła rozrysowania, teraz czas zacząć pisać!". Wydaje mi się, że tego ,,i" nie miało tam być...), ale przecież nie będę Ci teraz przeklejać wszystkich do treści komentarza i wytykać, prawda? Prawda. Poza tym, mi też często się zdarzają literówki. Wredne te literki, tam gdzie mają być, tam ich nie ma, tam, gdzie nie ich miejsce, wpychają się po chamsku...
    Zabrakło mi trochę rozwinięcia bohaterów. Wiesz, chciałabym się o nich czegoś więcej dowiedzieć. Jak wyglądają (oczywiście tak mniej- więcej), czym się interesuję, jaki mają charakter... mogłoby to wynikać z dialogów, sytuacji. Zdecydowanie nie popieram trzystronnicowych opisów;) Poza faktami o postaciach mogłabyś powiedzieć trochę o tym, jak się zachowują, może jakieś typowe elementy ich wyglądu... gdybyś napisała to w ten sam sposób co te boskie, dowcipne komentarze, nadałoby to jeszcze więcej komizmu, subtelnego sarkazmu... taka moja uwaga:)
    Poza tym, to naprawdę mi się podobało. Przeczytałam z przyjemnością.
    I... uff, dobrze, że ja nie mam takiej nauczycielki od biologii. Moja jest całkiem spoko. Gdyby tak czytała z podręcznika jak ta z Twojego tekstu... brrr! Koszmar! Musiałabym ratować się ucieczkami do toalety co lekcję!;)
    Pozdrawiam ciepło!
    Pola

    PS: Zarejestrowałam się na ,,Arenie snów" jako Aylin:D Z tego, co tam patrzyłam, to naprawdę genialne forum i mam nadzieję, że uda mi się pozostać na dłużej;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, "mądre" słowa rządzą! :D Gdyż prowadząc konwersację z osobą o niskim ilorazie IQ, można używać wyrazów, które są obraźliwe w stosunku do owej jednostki, jednakże takowa persona tych wyrażeń nie zrozumie :P
      Dziękuję, dziękuję, dziękuję, ale proszę, bez przesady! Za niedługo zbyt się przyzwyczaję do pochlebstw, więc później będzie mi przykro, smutno itd., kiedy ktoś mnie skrytykuje... ;-;
      Właśnie taki był zamysł! Stworzyć opowiadanie, które będzie pokazywało moje problemy jako autorki tekstów - że pomysł i wena przychodzi w najgorszym momencie! Nie cierpię tego! :I
      Fuj, literówki :/ Zdarzają mi się nagminnie i są czasem zbyt trudne do zauważenia... W każdym razie, już lecę to poprawiać :)
      Jesteś już drugą (trzecią?) osobą, która mi to mówi! Z tym mam największy problem - wygląd postaci i ich stosunek do innych ludzi. Przynajmniej jest jakiś postęp (mówię o tym fragmencie z siostrą) ;)
      Haha, na szczęście też nie mam takiej nauczycielki :) Niestety, moja siostra ma takie lekcje kilka razy w tygodniu ;-;
      Tak, tak, widziałam, nawet coś do Ciebie napisałam w Karczmie "Feniks" :) Ogromnie się cieszę z tego powodu, bo tam jest masa świetnych ludzi, poza tym można się sporo nauczyć ^^
      Pozdrawiam również i dziękuję za komentarz! kotołaczka02

      Usuń
  3. Zacznę prosto z mostu: ujęłaś mnie Karoliną. Z dwóch powodów. po pierwsze: to moja imienniczka. Po drugie: odnajduje z nią parę wspólnych cech. Oprócz tej matmy (ja ja ubóstwiam). Jej roztargnienie, sposób zapisywania notatek - cała ja.
    Tyle z tego rozczulania się. Przejdźmy do konkretów. Podoba mi się pomysł. Taki... życiowy. Coś, co mogłoby spotkać mnie. Choć jestem gorliwą fanką fantasy, a za obyczajowymi powieściami raczej nie przepadam, to mimo drobnego rozczarowania gatunkiem opowiadania, wrażenie ogólne jest pozytywne. Czytało się lekko, przyjemnie.
    Wspaniale wykreowałaś bohaterów. I niech mi ktoś tylko powie, że w tak krótkim dziele, ich nadmiar jest zły. Zabiję. Jest świetny - nadałaś im pewne zarysy; to za wątły (tylko w długości) utwór, by dokładnie ich charakteryzować. Z tym nie zgodzę się ze swoja poprzedniczką. Według mnie zbytnie przeładowanie byłoby dezorientujące.
    Ale, jak to bywa, jest jakieś "ale". Wkradło Ci się drobne powtórzenie: godzina w trzecim akapicie. Jest też parę zbędnych przecinków. Nie będę się rozpisywać, gdzie są, bo raz: wolę chwalić. Dwa: to zbyt małe szczególiki, by się nimi zbytnio kłopotać.
    Pozdrawiam,
    Roxy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, jak widać dobór imion trafiony ;D
      Dziękuję :) To trochę takie opowiadanie dla wszystkich, którzy poganiają pisarzy-amatorów (osobiście się z kimś takim nie spotkałam, ale w blogosferze pełno jest osób, które piszą: "Więcej, szybciej!"): niech popatrzą, z czym ja się na co dzień borykam! I jak tutaj skończyć kolejny rozdział, co? Jak?
      Ach, już lecę to poprawiać! Dobrze, że zauważyłaś - jednak te szczególiki rażą czasem w oczy, nieprawdaż? :p
      Pozdrawiam również! kotołaczka02

      Usuń
    2. Oj tak, bardzo trafny ^^
      Ilekroć jestem pośpieszana, dostaję twórczej blokady. Stres, niepewność, czy to co pisze komuś się spodoba, strach, że jednak się nie uda, coraz większe opóźnienia... Koszmar. Ale czasem dobrze, gdy ktoś mną trochę potrząśnie i powie, bym się wzięła do pracy. Lenistwo to plaga naszych czasów.
      Bywa, że tak. Ale to i tak mało ważne. Pierwszą sprawą jest treść: fabuła, pomysł, bohaterowie, zaskoczenie. Kolejną: styl. Poprawność plasuje się u mnie dopiero na czwartym miejscu ^^

      Usuń
  4. Fajny tekst, bardzo miło się czytało :)

    http://owcewgorach.pl/ moją pasją!
    Pozdrawiam i zapraszam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :)
      Pozdrawiam również! kotołaczka02

      Usuń