poniedziałek, 29 czerwca 2015

Ryba, łóżko, coś zielonego

Ostatni post był całkiem niedawno, ale jeżeli go opublikuję np. jutro, to może być już a późno!
Otóż to opowiadanie zostało napisane dlatego, że biorę udział w akcji Kreatywne spojrzenie. Polega to na tym, że co miesiąc wstawiane są hasła, które mają być inspiracją do opowiadania. Serdecznie zapraszam do przyłączenia się, dopiero się rozkręcają!
Chyba wybaczycie mi, że tak krótko? I że albo jest długa przerwa, albo wstawiam posty praktycznie codziennie? Mam nadzieję, że tak. No nic, idziemy dalej!
    

Nana niezaprzeczalnie była pimpczukiem. Nosiła zieloną bluzkę z długim rękawem, żółtą spódniczkę do kolan i kolorowe rajtuzy w paski z wyżej wymienionych kolorów. Oprócz tego na nogach miała buty, w których przedstawiano elfy Świętego Mikołaja, a na plecach plecak. Brązowe włosy czesała w tzw. palemkę. Jej buzia była pucołowata, zarumieniona i szeroko uśmiechnięta, a w policzkach widniały dwa dołeczki. Miała ładne oczy ‒ na krańcach były niebieskie, a im bliżej źrenicy, tym bardziej stawały się zielone. Jej nosek był mały, przypominał groszek. Uszy, jak to u pimpczuka, lekko jej odstawały. Była wysoka na pięćdziesiąt dwa centymetry, łącznie z włosami ‒ pięćdziesiąt pięć.
Taka oto istota stała przed domem na przedmieściach Kielc. Przed dwoma minutami wyskoczyła z kreciego kopca i znalazła się właśnie tutaj. To dzisiaj przydzielono jej dom, w którym miała spędzić resztę życia. Mogła zostać pod ziemią, tak jak jej rodzice i rodzice wszystkich pimpczuków, ale wolała wrócić do korzeni. Teraz pimpczuki rzadko opuszczały rodzinne strony, co niezbyt podobało się Nanie. Czemu nie chcieli robić tak, jak tysiące, miliony pimpczuków przed nimi?
Był rok trzy tysiące czwarty według pimpczuskiego kalendarza, według ludzkiej rachuby ‒ dwa tysiące czternasty. Sto trzydziesty czwarty dzień roku, czyli ‒ Nana szybko wykonała obliczenia ‒  ludzie mówią na ten dzień czternasty maja, środa. Godzina szesnasta (szybkie spojrzenie na zegarek) trzydzieści dwie. Nana zapamięta tę chwilę do końca życia.
Do schodów domu ciągnęła się dróżka z kamieni. Wokół rozciągał się ładnie przystrzyżony trawnik, pod żywopłotem ktoś posadził żółte kwiaty. Dom był w istocie zadbany ‒ schody chroniła metalowa balustrada, ramy okien były wykonane z ciemnego drewna, pod drzwiami leżała wycieraczka. W drzwiach wstawiono okienko i przygwożdżono kołatkę. Nana była pod wrażeniem.
Chropowate ściany domu zostały pomalowane na żółto. Budynek był piętrowy, a poza tym miał przybudówkę zwaną ga-rażem. Pan Tuko, który nauczył ją wszystkiego, co powinna wiedzieć o ludziach, powiedział jej, że jeśli znajdzie ga-raż, to powinna w nim zamieszkać. Teraz ga-raż był zamknięty, więc pozostało jej tylko czekać, aż zostanie otwarty i cichcem się tam wślizgnąć.
Nie trwało to długo. Po chwili usłyszała jakieś dziwne dźwięki, a duża brama, która znajdowała się za nią, została otwarta. Nana popędziła do ściany ga-rażu i przycisnęła się do niej. Miała nadzieję, że jej nie zauważyli.
Duża, czarna maszyna wjechała powoli na posesję. Zatrzymała się przed drzwiami ga-rażu, a jego drzwi powoli zaczęły się unosić. Nana szybko weszła do środka, a maszyna również wjechała. Pimpczuk rozglądał się za czymś, w czym mógłby się schować. Wskoczyła za jakieś pudło, na którym wypisano runami ludzi "Do biblioteki". Nana szczyciła się tym, że nauczyła się ludzkiego alfabetu, a nawet języka kraju, w którym miała zamieszkać, chociaż jej pipczukowski język nie był zdolny wymawiać słów. Z jej gardła wydobywały się jedynie piski, a oprócz tego istoty jej pokroju używały jedynie rąk i mimiki, aby się porozumieć.
Czarna maszyna stanęła. Po chwili z lewej strony, czyli z tej, którą widziała, wyszedł człowiek. Był wysoki, mógł być trzy razy taki jak ona. Miał krótko ścięte włosy, które już lekko siwiały. Nosił brązową, skórzaną kurtkę, dżinsy i czarne buty. To musiał być mężczyzna. Nana po raz pierwszy widziała człowieka, ale już zrobił na niej wrażenie! Kiedy się odwrócił w jej stronę, zobaczyła, że ma zarost okalający jego kwadratową szczękę, krzaczaste brwi i spłaszczony nos. Człowiek otworzył drzwi z tyłu samochodu, z których wyskoczył... pies!
Pies był mały. Miał oklapłe uszy i zakręcony ogonek, a sierść na jego pysku układała się w... brodę? Pimpczukowi tylko takie określenie przychodziło na myśl. Psiak zaczął gorączkowo węszyć. Podkulił ogon pod siebie, ale mężczyzna wziął go na ręce.
‒ Myślisz, że dzieciom się spodoba? ‒  usłyszała kobiecy głos. Z drugiej strony maszyny stała nieco niższa od mężczyzny pani. Miała blond włosy do ramion, małą twarz zakończoną szpiczastym podbródkiem, czerwone okulary na jej orlim nosie i wydatne kości policzkowe. Nosiła szary żakiet, spod którego wystawała biała koszula, czarną spódnicę za kolana i ciemnobrązowe rajstopy, a także czarne buty na obcasie.
‒ Przecież sama mówiłaś, że Ani się podobają sznaucery, a Tomkowi nie tyle chodzi o wygląd, tylko o to, żeby w ogóle mieć psa.
‒ No tak, ale Ania wspominała, że chciałaby mieć sznaucera pieprz i sól, a nie czarnego...
‒ Oj, przesadzasz. To bez różnicy. ‒  Kobieta wzruszyła ramionami. Jej towarzysz razem z psem okrążył maszynę i razem weszli do domu. Nana odetchnęła.
Maszyna zajmowała prawie całe miejsce w ga-rażu. Oprócz niej stało tutaj kilka pudełek, cztery rowery, jakaś komoda, niski stolik i mniejsza maszyna z taką czarną rurą. Nana uznała, że może się zakwaterować pod niskim stolikiem. Wpełzła tam i zdjęła swój plecak. Wyjęła z niego trzy koce, wilgotne chusteczki, chusteczki do kurzu, ubrania na zmianę, paczkę krakersów, trzy butelki wody i zdjęcie swojej rodziny w ramce. Ustawiła te wszystkie rzeczy, po czym usiadła i zamknęła oczy. Nakładanie niewidzialności nadal niezbyt dobrze jej szło, ale bez tego mogliby ją odkryć.
Wytężyła swój umysł i siedziała w skupieniu, dopóki nie rozległo się ciche pyknięcie. Otworzyła oczy; wszystkie jej rzeczy stały się dla jej oczu lekko przeźroczyste, co oznaczało, że dla ludzi jest kompletnie niewidzialne.
Nagle zalała ją fala ciepła. Jednocześnie w domu ktoś krzyknął "Jesteście kochani!". Nana uśmiechnęła się szeroko. Tyle razy ją ostrzegali, że będzie źle, że nie zawsze będzie kolorowo, a już pierwszego dnia taki wybuch miłości! Bo właśnie dlatego pimpczuki wyruszały w świat i zamieszkiwały u ludzi. Mogły żyć jedynie w cieple miłości, natomiast zimno nienawiści je zabijało. Nana uśmiechnęła się promiennie i ułożyła wygodniej. Teraz wystarczyło zamknąć oczy i trwać w cieple wytwarzanym przez domowników tego domu.
~*~*~*~
Nana mocniej opatuliła się kocem.
Był czternasty maja dwa tysiące piętnastego roku, godzina dwudziesta dwanaście. Nanie było zimno jak nigdy, a chociaż założyła kurtę, chłód nie chciał przejść. Nic dziwnego‒ on wychodził z jej wnętrza. Drżała cała, a nawet szczękała zębami.
‒ Nienawidzę cię! ‒  usłyszała z domu. Kłótnia trwała od dobrych dziesięciu minut. To Ania, teraz już siedemnastolatka, awanturowała się ze swoją mamą. Nana wygrzebała ze swoich rzeczy rękawiczki i czapkę, po czym wcisnęła je na siebie. Nic to nie dało.
Raz, dwa, trzy. Kolejne kroki. Do gara-żu wpadł dziewięcioletni Tomek. Dostawał medale za osiągnięcia sportowe w pływaniu, chciał zacząć wędkować, a w przyszłości planował zostać już astronomem, pływakiem, szefem kuchni, piłkarzem i kierowcą rajdowym. Pimpczuk uśmiechnął się słabo na jego widok. To on sprawiał, że ludzie wybuchali śmiechem, to on wychodził z Hefajstosem (jak nazwali swojego psa) w czwartki i soboty po szkole, a we wtorki rano na spacery. Teraz jednak ten marzycielski i zabawny chłopak był zapłakany i zagubiony. Przecisnął się pomiędzy maszyną a kartonami i dotarł do niskiego stolika, pod którym siedziała. Usiadł na nim i podkulił nogi. Z każdym szlochem, który wydobywał się z jego ust, było jej coraz chłodniej. I coraz bardziej się bała, że nie przeżyje do następnego dnia.
~*~*~*~
Nana nie mogła słyszeć przeprosin mamy i Ani, ale wiedziała, że nastąpiły, ponieważ nagle zalała ją fala ciepła. Już po chwili jej policzki zyskały dawny kolor, a na usta wpełzł uśmiech. Znów jest dobrze! Znów jest dobrze!
Chwilę potem była już na nogach. Jej rodzina jest pogodzona, a ona ma bezczynnie siedzieć? O, nie! Nana w takich chwilach jak ta sprzątała ga-raż. Tomek kiedyś zostawił tam przez przypadek zmiotkę i szufelkę, wobec czego Nana wzięła je i używała. I teraz nie chciała próżnować. Złapała chusteczki do kurzu i wymyła komodę, a także stolik. Wymiotła sierść Hefajstosa spod najciaśniejszych kątów. Za pomocą mokrych chusteczek i wody umyła koła maszyny. Kiedy skończyła ostatnie, usłyszała rozmowy i kroki. Szybko wskoczyła pod stolik. W tym samym momencie cała rodzina weszła do ga-rażu.
‒ Widziałem w sklepie ładne łóżko dla Hefajstosa ‒  powiedział najmłodszy członek rodziny.
‒ Tomek, on przecież ma już swoje posłanie ‒ zaprotestowała Irena, czyli mama. ‒  Poza tym, chyba jedziemy po rybkę dla ciebie, a nie po łóżko dla niego, prawda?
‒ No tak, ale to, które ma, jest... ‒  i więcej Nana nie usłyszała, ponieważ reszta rozmowy została dokończona w maszynie. Nana mogła jedynie uśmiechać się tak szeroko, że aż zaczęły ją boleć policzki.

2 komentarze:

  1. Opowiadanie jest naprawdę słodkie:) Naprawdę, po prostu urocze. Podoba mi się bardzo pomysł na pimpczuki, które żyją dzięki miłości innych ludzi, aż się prosi o rozwinięcie. Robisz naprawdę dobre opisy, czytelnik może wyobrazić sobie Nanę i rodziców Tomka oraz Anki w każdym detalu. Szkoda, że Ania nie została nam za bardzo przedstawiona, wystarczyłby krótki opis, tak jak u Tomka.
    Wystąpiło kilka literówek, np. ,,czara" zamiast ,,czarna". Wydaje mi się też, że przy opisie psiej bródki powinno być ,,układała", a nie ,,okładała". Wystąpiło jeszcze parę takich błędów, ale naprawdę mało:)
    Znowu muszę to napisać: świetny pomysł na pimpczuki. A Nana jest przesłodka.
    Fajnie strasznie to wyzwanie:D Też się dołączyłam, może w końcu nauczę się systematyczności i wytrwałości;)
    Pozdrawiam ciepło!
    P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Pimpczuki wymyśliłam już dosyć dawno, zajmują czwarte miejsce w mej Wielkiej Księdze Nowych Stworzeń, Ras i Innych (która, choć majestatycznie brzmi, jest zwykłym zeszytem i to w dodatku niezbyt ładnym).
      Polu, brak mi słów, w których mogłabym wyrazić swoją wdzięczność za Twe uwagi i wytknięcie błędów! Naprawdę, aż mi wstyd, że nie zauważyłam tego wcześniej!
      Mi też się podoba! Widziałam właśnie, to fajnie, że już są cztery osoby, chociaż żeby ten pomysł przetrwał, powinno być ich więcej!
      Pozdrawiam również! kotołaczka02

      Usuń