sobota, 12 września 2015

Im bliżej źródła tym woda jaśniejsza

Hejo! Witajcie po przerwie! Nie cieszcie się jednak zbytnio, moi drodzy, bowiem tekst, który Wam dziś prezentuję, pierwotnie miał pójść na język polski. A było to tak: praca domowa polegała na tym, że należało wymyślić i opowiedzieć historyjkę, której mottem będzie jeden ze związków frazeologicznych przerabianych na lekcji. Kotołaczka postanowiła, że napisze sobie tę historyjkę na komputerze, a potem, bazując na niej, opowie własnymi słowami. (Logiczne, no nie?). I tak trochę przesadziłam, bo wyszło mi sześć stron. No to jazda skracać i... wyszło trzy i pół.
Teraz prezentuję Wam wersję oficjalną, tj. dłuższą. A jakby ktoś był ciekawy, to w końcu nie przedstawiłam swej historyjki ponieważ pani mnie nie wybrała. (Szczerze mówiąc, gdy zobaczyłam długości opowieści innych, to spanikowałam, bo moja praca była bardzo długa, więc się nie zgłosiłam. Taak, kotołaczka bardzo odważna, nie powiem). Tak czy inaczej - oto i moje dzieło!
A, jeszcze jedno. Przepraszam Was, jeżeli nie będę się wyrabiać z odpowiadaniem na komentarze u siebie. Oczywiście wszystkie czytam i jestem z nich bardzo szczęśliwa, nieważne, czy długie, czy krótkie, z krytyką czy pochwałą. Czasem może mi się zdarzyć gorszy dzień i nie odpowiem, odpowiem krótko lub nieprzyjemnie (i wyjdę przez to na niemiłą... oh, wait, przecież taka często jestem, ku mej rozpaczy ;-;). Także proszę Was o wyrozumiałość :)
I znów wstęp chyba będzie dłuższy od treści. Ech...
Niski, ciemnoskóry chłopiec przykucnął wśród sitowia i obserwował kaczora pływającą po rzece.
Ptak, nieświadom zagrożenia, sunął leniwie po wodzie. Był już najedzony, więc pozwolił sobie na spacer z dala od członków stada. Zbliżał się do kryjówki chłopca. Zwierzę chciało skryć się w cieniu, jaki dawały nadrzeczne rośliny i może uciąć sobie krótką drzemkę. Jeszcze chwila, a znajdzie się w zasięgu ręki człowieka. Raz, dwa, trzy...
Z prędkością błyskawicy chłopiec wyciągnął rękę. Złapał oszołomione ptaszysko za szyję. Kaczor próbował się wymknąć, ale zaskoczenie zrobiło swoje. Zaciśnięte palce człowieka nie zamierzały się rozluźnić i puścić zdobyczy. Ptak kwakał i młócił skrzydłami, ale nie wiedział, czy jego krewniacy go słyszą.
– Cicho bądź, dobra? – rozkazał chłopak. Nie mógł mieć więcej, niż dziesięć lat. Był cały ubłocony, a na jego twarzy widać było zmęczenie. – Nie zamierzam cię zabić, tylko o coś zapytać.
Zwierzę zdziwiło się nieco tym, w jaki sposób przemawiał do niego ten człowiek. Zazwyczaj nic nie mówili, tylko patrzyli albo rzucali kamieniem lub chlebem. Mimo to nadal wołał swych pobratymców i próbował się uwolnić. Mały jednak nie puścił go, wręcz przeciwnie: złapał drugą ręką dziób kaczora, uniemożliwiając mu w ten sposób możliwość przyzywania braci.
– Chciałbym cię zapytać – kontynuował człowiek – czy słyszałeś coś kiedyś o Krainie Chodzących Drzew?
Tym razem ptak ze zdziwienia aż znieruchomiał. Kim był ten chłopiec, że z nim rozmawiał jak z jednym ze swoich? I skąd wiedział o Krainie Chodzących Drzew? Kaczor oczywiście wiedział, czym owa kraina była. Każde zwierzę, a już na pewno wszystkie ptaki znały ten urodzajny kraj.
Chłopiec powoli zdjął dłoń z jego dzioba. Kaczor odchrząknął i wymamrotał:
– Postaw mnie na ziemi, młody.
I człowiek wykonał jego polecenie. Ptaszysko wytrzepało się i nieufnie przyjrzało się chłopakowi.
– Skąd wiesz, czym jest Kraina Chodzących Drzew, młody? I dlaczego rozumiesz to, co ja mówię? A jeżeli chcesz ze mną rozmawiać, to zapamiętaj: jeden niewłaściwy ruch, a stąd spływam.
Chłopak usiadł na ziemi nieopodal kaczora. Nie zważał na to, że jeszcze bardziej się pobrudził błotem, tylko zaczął mówić:
– Mieszkałem w tym lesie z driadą Konstantą. Nie jest moją matką, wiem to, powiedziała mi. Kilka dni temu dowiedziałem się od niej, że muszę iść wzdłuż rzeki, by poznać prawdę o rodzicach. Kazała mi pytać o Krainę Chodzących Drzew. To Konstanta nauczyła mnie mówić językiem zwierząt i roślin, ale żadne kwiaty na razie nie chciały ze mną rozmawiać. Jesteś pierwszym, który zechciał odpowiedzieć na moje pytanie.
Słysząc te słowa, kaczor zamyślił się. Mieszkał z driadą? Leśnych duchów w tych czasach było bardzo niewiele, podobnie jak innych nadnaturalnych istot. Ludzie powoli zaczęli przejmować władzę nad światem.
– Czy masz dotrzeć do źródła, by poznać odpowiedzi na wszystkie pytania?
– Tak – odparł chłopiec. Widać było, że już się nie może doczekać, aż dowie się czegoś na temat prastarego kraju.
Kaczor znał takich, którzy musieli wyruszyć w podróż wzdłuż rzeki, by poznać odpowiedzi na pytania. Szli, na przemian myśląc, na przemian pytając obcych. Jednak ten chłopak był pierwszym, który rozmawiał nie z ludźmi, lecz ze zwierzętami. Jego opiekunka musiała być rozumna, skoro nauczyła go mowy innych stworzeń.
– Wobec tego powiem ci tyle, ile wiem, a nie jest tego dużo. Słuchaj mnie uważnie, bo nie zamierzam się powtarzać. ­– Chłopiec jeszcze bliżej się przysunął. – Kraina Chodzących Drzew leży za morzem i niewielu o niej słyszało. Jest rozległa i piękna, ponieważ składa się głównie z lasów. Nie można było tam znaleźć miast czy chociażby domów stojących na ziemi. Mieszkają tam głównie zwierzęta, ale oprócz nich są także prastare stworzenia. Nie mają nazwy, ale można je nazywać Chodzącymi Drzewami. Czy naprawdę są drzewami, które umieją się poruszać, tego nie wiem.
– Byłeś tam kiedyś? – dopytywał chłopiec. Najwyraźniej był rozczarowany tak małą wiedzą ptaka na temat tejże krainy.
– Niestety, ale nie. Dla nas, kaczek, tamtejszy klimat jest za ciepły. Poza tym, jest to dla nas za daleko. My wolimy lecieć po prostu na południe kontynentu, niż przelatywać morze. A teraz, młody, zostaw mnie w spokoju. Moi pewnie się niepokoją o mnie.
– Dobrze – odpowiedział rozczarowany. – Dziękuję, że mi pomogłeś. Miłego dnia.
– Powodzenia, młody. Następnym razem zapytaj się jakiegoś drzewa; może one coś wiedzą.
Kaczor czym prędzej zniknął wśród sitowia. Chłopak został sam.
I co teraz? Pora ruszyć w dalszą drogę, czy warto zrobić sobie przerwę? Maluch wybrał drugą opcję. Już i tak było popołudnie, a on jadł obiad dosyć dawno. Otworzył torbę i wyjął z niej chleb, słoiczek dżemu malinowego i nóż. Wychowywany przez driadę nabrał zwyczaju niejedzenia mięsa. Czasami się zastanawiał, jak smakuje królik albo taka kaczka, ale nigdy jeszcze nie odważył  się zaproponować Konstancie zjedzenia na obiad czegoś innego niż owoce leśne czy grzyby.
Po zaspokojeniu głodu ruszył dalej. Obserwował rzekę: była głęboka i bardzo ciemna. Bał się, że jeśli tam wpadnie, to złe potwory wodne go tam wciągną i utopią. Potem jednak karcił sam siebie; przecież jak się wyrusza na taką wyprawę, to powinno się być nieustraszonym, a nie bać się własnych wymysłów.
Gdy minął kolejne już drzewo przypomniał sobie słowa kaczora o tym, by spytać właśnie tę roślinę. Postanowił spróbować i podszedł do wierzby.
– Dzień dobry – wyszeptał, przykładając rękę do pnia. Wiatr poruszył liśćmi drzewa, pośród których słychać było jakby bardzo cichy śmiech. – Czy wiesz coś o Krainie Chodzących Drzew? Ja wiem, że leży za morzem i nie ma tam miast, tylko lasy. Wiesz może, czym są Chodzące Drzewa?
Wierzba nie odpowiadała. Chłopiec uznał, że nic mu nie powie, więc postanowił ruszyć dalej. Potem jednak uświadomił sobie, że powoli zapada zmrok, więc mógłby położyć się pod tym drzewem i pójść spać. Jak pomyślał, tak też zrobił i wkrótce drzemał już spokojnie między wystającymi korzeniami.
Śniła mu się ta sama wierzba, pod którą leżał. Wiatr wprawiał w ruch gałęzie, przez co liście tworzyły nieziemską muzykę. W tę melodię wplatał się cichy, zaspany, chyba kobiecy głos:
– Kraina Chodzących Drzew, oczywiście, że słyszałam... Marzenie każdego drzewa: rosnąć właśnie tam! To za morzem, masz rację. A Chodzące Drzewa? To chyba dosyć oczywiste: drzewa, które chodzą! Nie mają nóg, ale ich korzenie im wystarczają. Teraz jednak już ich nie ma. Spłonęło! Wszystko spłonęło. Jest tylko czarny popiół i ziemia. Nawet wody jezior i rzek niemal całkowicie wyparowały!  Ale nie tracimy nadziei. Tak długo trwającego kraju nie da się tak łatwo zniszczyć. Kraina Chodzących Drzew odrośnie, chociaż ich prawowitych władców, Chodzących Drzew, już nie będzie.
Wierzba zamilkła. Między szumem liści słychać było jeszcze łkanie i westchnięcia.
Chłopiec obudził się krótko przed brzaskiem. Było mu zimno i czuł przygnębienie. Skoro Kraina Chodzących Drzew już nie istnieje, to po co ma pytać kolejne napotkane istoty? Lepiej będzie, jeżeli powróci do Konstanty i opowie jej o wszystkim.
Wyszedł spomiędzy gałęzi i spojrzał w kierunku lasu, w którym wcześniej mieszkał. Przeszedł już taką daleką drogę, może warto było iść dalej? Ponoć ta rzeka nie była bardzo długa, więc dojście do źródła mu nie zaszkodzi, a może w końcu dowie się czegoś o swojej rodzinie? Nadal nie wiedział, w jaki sposób byli oni powiązani z Krainą. Może tam mieszkali? A jeśli to oni ją spalili? Musiał iść dalej, inaczej nigdy się nie dowie.
Zabrał więc swoją torbę. Pierwsze promienie słońca rozjaśniły nieco wody rzeki. Nie wydawała się już tak ciemna, jak na początku podróży.
Minęło parę godzin, chłopak postanowił zjeść śniadanie. Nabrał także wody w ręce, bo chciał się nią umyć, ale gdy poczuł, jak bardzo jest zimna, zrezygnował. Ruszył dalej w podróż.
Po paru minutach znów przystanął, lecz nie po to, by odpocząć. Przed nim stał kucyk, który spokojnie jadł trawę. Nawet nie podniósł głowy, gdy chłopak podszedł do niego.
– Dzień dobry – przywitał się. Mały koń uniósł głowę i z przestrachem rozejrzał się wokół. Gdy zauważył małego chłopca, odwrócił się i już chciał odbiec. – Poczekaj! Chciałem tylko z tobą porozmawiać o Krainie Chodzących Drzew!
Kucyk już go nie słyszał. Odbiegł już daleko i nie zatrzymywał się. Zrezygnowany podróżnik usiadł na ziemi.
Nagle poczuł, jak ktoś go dotyka w ramię. Odwrócił się, a jego oczom ukazał się lis. Patrzył na niego przyjaźnie, bez strachu.
– Nie przejmuj się – powiedział w swoim języku. – Kucyki już tak mają; może gdybyś spotkał prawdziwego konia, to by z tobą porozmawiał.
– Może ty coś wiesz o Krainie Chodzących Drzew? – zapytał chłopak.
– Może tak, może nie – odparł lis i usiadł naprzeciwko niego.
– Powiesz mi, co wiesz? Ja wiem tyle, że leżała za morzem, ale już jej nie ma. Spaliła się. I mieszkały tam Chodzące Drzewa i zwierzęta... a może ludzie też?
– Powiem ci – wymruczał czworonóg – jeżeli ty mi dasz coś do jedzenia.
Chłopak otworzył swoją torbę i sprawdził, co miał.
– Mogę ci dać kromkę chleba z dżemem, trochę mleka, maliny lub jabłko.
– Nie masz żadnego mięsa? – zdziwił się zwierzak. – Hm, w takim razie wezmę chleb. Możesz dać ten dżem, czymkolwiek on jest.
Chłopiec posmarował chleb dżemem i pokazał go lisowi.
– Proszę cię, najpierw mi powiedz, co wiesz, a potem dam ci jeść.
Lis mruknął gniewnie, ale zgodził się.
– Wszystko, co powiedziałeś, to prawda. Nie wiesz jednak jeszcze, że Kraina Chodzących Drzew obfitowała we wszelkiego rodzaju kamienie szlachetne. Nie było tam kopalń, ale wszystkie diamenty, szafiry i inne cuda wyrastały bezpośrednio z ziemi. Nie było tak wszędzie, to prawda, jedynie w niektórych miejscach. Muszę ci też powiedzieć, że Chodzące Drzewa nie były po prostu drzewami, które się poruszały. One pochłaniały te kamienie szlachetne. Tak, jak innym roślinom potrzebna jest woda i ziemia, tak tym istotom potrzebne były diamenty i cała reszta. Bez nich nie mogłyby się poruszać i stałyby się zwykłymi roślinami, jak trawa czy kwiat. A teraz daj ten chleb, bo więcej nie wiem!
Chłopiec rzucił lisowi kanapkę i nim zdążył podziękować, rudzielec już zniknął. Należało ruszyć dalej.
Gdy słońce już stało pośrodku nieba, woda była jeszcze jaśniejsza niż rankiem. I chociaż nadal była zimna, to wędrownik mógł wyczyścić sobie twarz i ręce z błota. Myjąc się zauważył żabę siedzącą na kamieniu. Przyglądała się obojętnie liściowi dryfującemu na powierzchni rzeki.
– Dzień dobry – przywitał się. Żaba na chwilę uniosła wzrok, a później wróciła do oglądania liścia.
– Dzień dobry – odpowiedziała beznamiętnym tonem.
– Czy mogłabyś poświęcić mi chwilę na rozmowę?
– I tak nic nie robię, więc przejdź do sedna.
–Wiesz coś może o Krainie Chodzących Drzew?
Płaz stracił zainteresowanie liściem. Spojrzała na niego i nadęła się, co wyglądało komicznie.
– Wiem – odpowiedziała w końcu – że trzeba do niej dopłynąć, są tam Chodzące Drzewa i mieszkają tam głównie zwierzęta, ale więcej nie umiem powiedzieć.
­– Rozumiem – odparł chłopiec. Już tak się przyzwyczaił, że każdy mu coś powie, że rozczarował się odrobinę.
Potem przez długi czas się nie zatrzymywał. Rzeka robiła się coraz płytsza, a wokół zaczynało rosnąć coraz więcej drzew. Wkrótce rzeka stała się tak płytka, że sięgała kostek.
Chłopiec czuł się coraz bardziej podekscytowany. Za niedługo znajdzie źródło! Nie mógł się już doczekać, aż odkryje ostatnią wskazówkę.
I nagle zobaczył: rzeka, wcześniej potężna i głęboka, stała się niewielkim strumyczkiem. Wypływała spod wielkiego, olbrzymiego wręcz dębu. Widok ten był tak zdumiewający, że chłopiec przystanął, by nacieszyć nim oczy.
Podszedł bliżej dębu i spojrzał w górę. W pniu drzewa została wyryta ludzka twarz. Wyglądała na męską, miała zamknięte oczy i zaciśnięte usta. Oblicze to było surowe i napawało szacunkiem i lękiem. Chłopiec więc o mało co zawału nie dostał, kiedy rzeźba otworzyła oczy. Przewrócił się i upadł na wodę, a co za tym idzie, kamienie.
– Szukałeś mnie, chłopcze? – usłyszał głęboki głos. To twarz z drzewa otworzyła usta!
– Tak – wyjąkał i wstał natychmiast. – Szukałem źródła.
– Więc pytaj, bo wiem, że masz jakieś pytanie – odpowiedziało drzewo.
– Czy mógłby mi pan powiedzieć – zaczął chłopak – jaki związek mają moi rodzice z Krainą Chodzących Drzew? Wiem, że to miejsce leżało za morzem, porastał je las, mieszkały tam głównie zwierzęta i Chodzące Drzewa, które żywiły się kamieniami szlachetnymi. Ten kraj został spalony. Jednak nadal nie wiem, w jaki sposób był on związany z moimi rodzicami.
Drzewo przez chwilę nie odpowiadało. Patrzyło na chłopca przenikliwie.
– Twoi rodzice – powiedziało w końcu – mogli być strażnikami. Wiesz, że rosły tam kamienie szlachetne, ale nie wiedziałeś, że potrzebowały strażników, by nikt ich nie rozkradł. Oprócz strażników w Krainie Chodzących Drzew mieszkało plemię, które kradło owe kamienie, ale oni byli jasnoskórzy i niscy, niżsi od ciebie. Wobec tego jesteś synem strażników kamieni szlachetnych. Możesz być dumny z twoich rodziców.
– Więc czemu mnie porzucili? Konstanta mówi, że przyprowadził mnie do niej mieszkaniec pobliskiego miasta, który dostał za to pieniądze.
– Twoi rodzice uciekli z Krainy, kiedy ta płonęła. Dotarli do tego miasta, ale zarazili się chorobą, która wtenczas szalała na świecie i zmarli. Zanim to się stało, twoja matka dała pieniądze sąsiadowi i poprosiła, by przyprowadził cię do driady, ponieważ chciała, byś wychował się w zgodzie z naturą.
Chłopak milczał. Był wzruszony tą historią, ale przede wszystkim czuł szczęście i spełnienie, ponieważ w końcu odkrył, kim jest. Przeszedł długą drogę, ale było warto. Ostatecznie dowiedział się tego, co chciał wiedzieć i mógł wrócić do Konstanty i jej to wszystko opowiedzieć. Dotarł do źródła swojego życia, do historii swoich rodziców i musiał się podzielić nią z osobą najbliższą jego sercu.

6 komentarzy:

  1. Jak mnie tu dawno nie było. Wstyd mi, totalnie zapomniałam o tym blogu. A szkoda, bo naprawdę lubię twoje opowiadania. Masz genialne, bardzo oryginalne pomysły i zawsze, kiedy czytam twoją twórczość jestem mile zaskoczona fabułą. Nic dodać nic ująć.
    Najnowsze opowiadanie jest bardzo fajne. Miałaś dobry pomysł i dobrze go zrealizowałaś. Podoba mi się postać chłopca, a także jego umiejętność rozmawiania ze zwierzętami i roślinami. Tak naprawdę to nie ma rzeczy do której mogę się przyczepić. Wiem, strasznie słodzę, ale tak już mam. Niestety najtrudniej ocenia się twory bardzo dobre, bo tak naprawdę nie wiadomo co napisać.
    Jak ja kocham twoje opisy. Są dobrze ukryte w tekście, nie ma ich ani za dużo ani za mało. Po prostu cud, miód i orzeszki.
    Dobra, kończę ten komentarz. Poziom cukru w moim organizmie zdecydowanie przekroczył wszelkie dopuszczalne normy.
    Pozdrawiam
    Luna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że zajrzałaś ^^
      Dziękuję za wszystkie miłe słowa! Podnoszą na duchu :)
      Pozdrawiam również! kotołaczka02

      Usuń
  2. Kurczę, aż szkoda, że nie przeczytałaś tego opowiadania bo jest piękne. Naprawdę, słowo ,,piękne" dobrze tu pasuje. Stworzyłaś bardzo klimatyczny, taki baśniowo-mityczny tekst, ze ślicznymi opisami, ładnym przekazem, no taki... taki baśniowy, no! Jak zwykle podobały mi się opisy i przede wszystkim Twój pomysł- masz naprawdę wielką wyobraźnię. Kraina Chodzących Drzew brzmi bardzo oryginalnie i romantycznie, a jej kreacja (poruszające się drzewa, które żywią się klejnotami) również robi wrażenie. No i mamy nieśmiertelny motyw wędrówki, poznawania samego siebie oraz miłości do natury. Kurczę, bardzo mi się to opowiadanie podobało, jest bardzo zacne. Jedyne, co czasem zgrzytało, to kilka powtórzeń i raz nazywanie głównego bohatera chłopakiem (co sugeruje, że jest już nieco dojrzalszy, może jest nastolatkiem, bo w końcu nie ,,chłopiec", a już chłopak), a raz ,,maluchem" (co sugeruje, że jest... no... maluchem, czyli bardzo małym dzieckiem). To znaczy, mi tylko to zazgrzytało, pewnie nie jest to błąd, tylko jakieśtam moje wrażenie;)
    Podsumowując- naprawdę piękny tekst. Taki magiczny i z niesamowitym klimatem:D
    Pozdrawiam ciepło,
    Pola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znaczy, to, które wzięłam na lekcję było krótsze i na dodatek mieliśmy w końcu je opowiadać własnymi słowami, ale chyba ogólny zarys też były w porządku...
      Dziękuję za miłe słowa! Zawsze niezmiernie się cieszę, kiedy widzę, że skomentowałaś opowiadanie u mnie ^^
      Ach, no tak. Pewnie tak się stało ze względu na to, że ogólnie mam problemy z powtórzeniami. Idealny przykład to całe "Życie Toyani", gdzie główną bohaterkę ciągle nazywam jej imieniem lub płcią. Brawo, kotołaczko, twój zasób słów jest iście ogromny! ;-;
      Pozdrawiam również! kotołaczka02

      Usuń
  3. Świetne opowiadanie. Myślę, że pani czytając nawet dłuższą wersję byłaby zachwycona!;)

    OdpowiedzUsuń