niedziela, 25 października 2015

Toy Story – bunt zepsutych przedmiotów

*rozbrzmiewa muzyka, na scenę wchodzi Prowadzący* Witajcie! To ja, Prowadzący programu Zdemaskuj Nieudacznika! Dzisiejszym gościem programu będzie kotołaczka02, znana jako kotołaczka02! Zachęćcie ją gorącymi brawami! *publiczność klaszcze, na scenę wchodzi kotołaczka* Witaj, moja droga! Jak myślisz, dlaczego znalazłaś się w naszym programie?
Ponieważ, eee... długo nie napisałam niczego nowego?
Tak, właśnie! I dlaczego jeszcze?
Bo... bo tekst, który dzisiaj prezentuję, również nie jest nowy?
Doskonale! Czy wiesz, jaką karę możesz zastosować względem siebie?
Nie.
My również nie! Wobec tego zostajesz skazana na wytłumaczenie się przed czytelnikami!
~*~*~*~*~*~ 
Tym optymistycznym akcentem rozpoczynam dzisiejszy post. Tak, moi drodzy, pojawia się on po jakimś miesiącu ciszy i nie jestem z tego dumna. Na dodatek nie jest to żadna nowość, a jedynie stary, odkurzony (i wyperfumowany) tekst napisany... 14 listopada minie dokładnie rok... no, to powiedzmy, rok temu. I właściwie to on miał pójść na Arenę Snów, ale ona padła. Dosłownie. Jeżeli ktoś nie wie, co to w ogóle było, to powiem: Arena była forum literackim, na którym dostawało się wyzwanie i do tego wyzwania należało napisać tekst. Potem członkowie Rady Śniących oceniali dwa teksty napisane na jedno wyzwanie i oceniało je, który lepszy. Świetny pomysł, no nie? Również tak uważam. Niestety, Arena padła. Od roku nie pojawił się żaden nowy werdykt, na dodatek rzadko ktoś tam wchodzi, a ostatnia rozmowa na czacie odbyła się miesiąc temu. Myślę więc, że jeżeli wstawię tutaj odświeżony tekst (który napisałam ja i mogę z nim po roku czasu zrobić, co chcę, no nie?), to nikomu się jakaś wielka krzywda nie stanie.
No to tyle o tekście, a teraz parę drobnych ogłoszeń:
Jak pewnie zauważyliście, jest nowy wygląd. Z całego serca dziękuję za niego mojej siostrze (której bloga zareklamuję, jak już ona go udostępni publicznie). O szczegółach w zakładce "O blogu".
Przybyła nowa strona, a mianowicie "O autorce". Na razie nic tam nie ma, ale jak będę miała czas (hehe), to coś tam się pojawi.
I jeszcze jedno: założyłam sobie profil na We Heart It (zacna stronka, z której pochodzi tło bloga) oraz na Twitterze.
Zachęcam do czytania, komentowania tutaj lub na Facebooku i zostawiania linków do swoich blogów w zakładce spam (na samym dole strony).
Nie przedłużając już dalej:
Dotychczas moim jedynym zmartwieniem była zielona plama po farbie, której nie można było doprać. Kiedy sobie myślałem o moim wcześniejszym, sielankowym życiu, to miałem ochotę zapłakać rzewnie – problem w tym, że zabawki tego nie potrafią.
Duszący odór zgnilizny był wszechobecny – trudno się dziwić, byłem w śmietniku. Gdybym był człowiekiem, pewnie spowodowałoby to odruch wymiotny, albo przynajmniej załzawienie oczu. Odpędziłem te wstrętne myśli – ostatnie, na co miałem ochotę, to rozważanie, co na moim miejscu zrobiłby człowiek; zostałem przez nich sponiewierany i osamotniony, zabawili się mną, a gdy się im znudziłem, wyrzucili mnie do kosza. Jestem bezużyteczny, zużyty, zepsuty.
Druzgocący dźwięk odbił się echem od ścian metalowego kosza na śmieci. To pewnie kolejny worek z odpadkami. Czy był tam ktoś w podobnym położeniu do mnie? Być może. Nie miałem zamiaru siedzieć bezczynnie i snuć jakieś przypuszczenia, dlatego spróbowałem podpełznąć do foliowej „ściany” mojego więzienia. Nie przebyłem połowy drogi, a za mną ciągnęła się ścieżka z pluszu, natomiast ja leżałem, dysząc.
Daleka była przede mną droga, więc odechciało mi się iść dalej. Zerknąłem na dziurę w moim brzuchu. Zamknąłem oczy, kiedy przypomniałem sobie, kto mi ją zrobił. Znalazła mnie, na ziemi, po czym wzięła mnie i nożyczki, rozcięła materiał, żeby wydobyć z mego wnętrza to, co miałem najcenniejsze – piszczałkę. Nie wiem, po co mamie dzieciaków była piszczałka – w każdym razie zabrała mi ją, a potem wyrzuciła mnie do śmieci. Dlaczego tak się ze mną obeszła? Czy to dlatego, że wcześniej pies pogryzł moją twarz? Pewnie tak – byłem okropny, nie nadawałem się do zabawy dla dzieci, więc trzeba było tylko odebrać mi coś, co czyniło mnie wyjątkowym, a potem wyrzucić… Gdy już byłem bezużyteczny, po prostu się mnie pozbyli…
Doszedłem do wniosku, że skoro mnie tam już nie chcieli, to nigdzie indziej nie będą mnie chcieć i czekałem tylko na śmierć. Dlatego też zamknąłem oczy i usnąłem, żeby ukrócić sobie czekanie. Spałem może kilka minut, może godzinę, kiedy znów do moich uszu doszedł nieprzyjemny odgłos otwieranej pokrywy.
Drugi raz spróbowałem dotrzeć do końca worka – tym razem mi się udało. Pod koniec wędrówki byłem zmęczony i zziajany, aczkolwiek szczęśliwy. Postanowiłem trochę odpocząć. Dyszałem ciężko, leżąc na czymś ostrym i pomiętym. Choć przed chwilą uciąłem sobie drzemkę, niczego innego tak nie pragnąłem, jak ciepłego miejsca do spoczynku. Starałem się jednak nie zasnąć i odkryć przyczynę tego hałasu – może tam jest ktoś w podobnej sytuacji jak moja. Nie zauważyłem, kiedy poddałem się zmęczeniu.
Dopiero gdy coś ostrego dotknęło mojego nosa obudziłem się. Jak się okazało, był to czubek noża, który rozcinał foliowy worek. Nie oślepiło mnie światło dzienne, tak jak oczekiwałem – nade mną leżał jeszcze jeden wór. Oprócz kolejnego zbiorowiska odpadków zauważyłem coś jeszcze – trzy niewielkie sylwetki. Nie byli piękni. Nie przypominali ofiarnych i bezinteresownych herosów. Nie wyglądali na bezpiecznych gości. Ale ich usta były wykrzywione w uśmiechu, a oczy płonęły zapałem. Zrozumiałem, że to może być moja ostatnia szansa.
Dlatego krzyknąłem na pomoc, a właściwie to miałem zamiar krzyknąć. Zamiast tego trzy postacie usłyszały mój żałosny, cichy jęk. Pewnie moja twarz, wystająca zza sterty ogryzków i ulotek, była tak okropna, że od nie razu mnie zauważyli, ale w końcu wyciągnęli. Miałem okazję się przyjrzeć moim wybawcom; pierwszy z nich okazał się budzikiem ze stłuczoną szybką. Wskazówki zegara ustawiły się tak, że wyglądały jak wąsy, a namalowana twarz zdradzała zadowolenie. Jednak w jego za dużych, różnokolorowych oczach było coś takiego, że wiedziałem, iż owy zegarek nie da sobie w kaszkę dmuchać.
Drżąc z wysiłku – najchętniej bym zasnął – przeniosłem wzrok na drugiego bohatera. Była nim figurka słonia pozbawiona trąby. W miejscu nosa widniała biała dziura, kontrastująca z czarnym ciałem. Tam, gdzie powinny znajdować się kły, sterczały dwa małe kikuty – zdecydowanie jego głowa wyglądała okropnie. „Z pewnością nie gorzej niż moja”, pomyślałem natychmiast.
Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że trzeci gość trzyma mnie w ramionach. Zerknąłem na niego i zobaczyłem lalkę. Była ładna i wyróżniała się od pozostałych dwóch nieznajomych tym, że wszystko miała w komplecie. Jednak gdy opadłem bezwładnie, spostrzegłem, że zamiast dwóch nóg owa panna ma łapy dinozaura. Dość ospale zarejestrowałem ten fakt, bowiem już odpływałem w ramiona Morfeusza.
***
Dwa jasne punkty oślepiły mnie. Zamrugałem, spędzając sen z powiek i przyzwyczajając się do światła. Spróbowałem usiąść, cały czas się zastanawiając, gdzie ja jestem. Opadłem na poduszki, rozglądając się po pomieszczeniu. Obok mojego łóżka stał stolik nocny, a koło niego – zabawkowa kroplówka. Do niej był przyczepiony gumowy woreczek wypełniony wodą. Zmarszczyłem brwi. Po co stała tutaj niedziałająca kroplówka? Przecież nie byłem do niczego podpięty. Postanowiłem dowiedzieć się tego później. Powróciłem do oglądania sali. Ściany były wyłożone białymi płytkami, podobnie jak podłoga. Na równoległej ścianie w lewym kącie znajdowały się drzwi, jasne jak płytki pokrywające pokój. Natomiast naprzeciwko mojego łóżka wisiało lustro.
Daremnie szukałem w odbiciu swojego oblicza. Czy pies aż tak mnie pogryzł? Niemożliwe. Toż to inna zabawka, przenieśli mnie do innego ciała! Wtedy jednak spojrzałem prosto na moje oczy i zrozumiałem, że to prawda. Teraz to dopiero chciało mi się płakać.
Dwa zielone koraliki nadal służyły mi za oczy, a materiał miał ten sam kolor, ale na tym podobieństwo się kończyło. Jednego ucha brakowało, a drugie było o połowę krótsze. Kilku nitek służących za wąsy ubyło, a nos był ułożony pionowo. O mniejszych i większych dziurach w moich policzkach, czole i okolicach oczu nie wspomnę. Teraz nawet taki zaniedbany dachowiec lepiej by ode mnie wyglądał. Nie przypominałem tej ładnej zabawki, jaką byłem, „kota w butach”, jak mówił mój właściciel. Teraz nawet na miano „kot-potwór” nie zasługiwałem. Nic dziwnego, że się mnie pozbyto. Dzieci nie mogą się czymś takim bawić.
Drgnąłem, kiedy ktoś wszedł do mojej sypialni. Była to mała lalka z materiału – dawno takiej nie widziałem w stroju pielęgniarki. Poruszała się jakoś tak powoli, więc zgadywałem, że jest wypchana czymś ciężkim. „Nie wiadomo, na jakie pomysły wpadają nieposkromione bachory”, pomyślałem. Uśmiechnęła się do mnie, kiedy zobaczyła, że nie śpię.
– Dobrze się pan czuje? – spytała, stając przy łóżku.
– Dobrze – przytaknąłem. – Kim pani jest i co ja tutaj robię?
– Da mi pan sekundkę? – odpowiedziała, po czym odsunęła koc, którym byłem przykryty, odkrywając brzuch. Ku mojemu zaskoczeniu, dziura została zaszyta. Spojrzałem na nią zadziwiony.
Dobrana do koloru materiału, wspaniale… widząc moje pytające spojrzenie, pośpieszyła z wyjaśnieniem: Nitka, którą zaszyto panu brzuch. Spokojnie, napełniono pana nowym pluszem, nie ma się pan czym przejmować…
Dlaczego w interesie obcych leży moja blizna? I, skoro już byłem operowany, to czemu nikt nic nie zrobił z moją twarzą? Oraz, przede wszystkim, gdzie ja jestem? – spytałem, oczekując natychmiastowej odpowiedzi. Pielęgniarka nie była zdziwiona moją reakcją najwyraźniej nie byłem pierwszym uprowadzonym – ale tylko stwierdziła, że nie jest uprawniona do udzielania takich informacji.
Doskonale… więc zostałem uprowadzony przez jakąś tajną organizację, która ma więcej niż dwóch członków, z czego jedna osoba jest pani szefem? – uznałem. Zabawka zmarszczyła czoło – na ile to było możliwe – i pokiwała w zamyśleniu głową.
Dzień dobry! – krzyknął ktoś nagle, wchodząc do pokoju sprężystym krokiem. Owym „ktosiem” okazał się pluszowy miś w kitlu i okrągłych okularach. W ręce trzymał notatnik. Futro było posklejane i różnokolorowe; spod rękawów wystawały zielono-żółte plamy, natomiast brzuch był czerwono-niebieski, a sama głowa i nogi była mieszanką różowego, pomarańczowego, brązowego i fioletowego. – Nazywam się doktor Alfred. Pewnie na usta ciśnie ci się wiele pytań, a ja jestem osobą, która rozwieje twoje wątpliwości! – Doktor (gdzie on mógł zdobyć ten tytuł?) był bardzo pogodny i od progu się do mnie uśmiechał. Mimo groteskowego wyglądu sprawiał wrażenie sympatycznego gościa, a bezużyteczne okulary (nie miały szkieł) i notatnik przekonały mnie do jego kompetencji. „Pozory mylą”, odezwał się ostrzegawczy głosik w mojej głowie, „nie ulegaj stereotypom. Ton głosu nie świadczy o jego przyjaznym nastawieniu, a notatnik o kompetencji”.
– Dzień dobry – odparłem, postanawiając być podejrzliwym. Rzekomy doktor przysunął sobie niski stołek, który znajdował się pod moim łóżkiem i usiadł na nim, co wyglądało nieco śmiesznie, ponieważ taboret był za mały na dość dużego jegomościa. Lekarz otworzył zeszyt i zgłębił się w jego treść.
Damian, jak mniemam? – zapytał się. Przytaknąłem, zastanawiając się, skąd on może to wiedzieć. Przypomniałem sobie, że na metce widnieje moje imię. – Rozpruto panu brzuch i poharatano twarz. Zgaduję, że za wszystko odpowiedzialny jest zwierzak? – Zgodziłem się, myśląc, iż ludzie to istne zwierzęta; poza tym, nie chciałem, aby obcy wiedział o mnie wszystko. – Mhm, rozumiem… Pewnie się pan zastanawia – kontynuował po wpisaniu czegoś do notatnika i odłożeniu go – gdzie się pan znajduje. Leży pan w jednym z pokoi szpitalnych w Szpitalu ZZZiIP, gdzie trafiają wszystkie znalezione przez nas popsute zabawki i inne przedmioty. Pomagamy im tutaj dojść do stabilnego stanu… Jak już pan pewnie zauważył, zaszyto panu brzuch, ale twarzy nie ruszano. Chociaż pomagamy z najgorszymi ranami, zostawiamy jakiś ślad z wcześniejszego życia, aby…
– Doktorze, pozwoli pan, że panu przerwę – powiedziałem zniecierpliwiony – ale co to znaczy to Zet, Zet, Zet…? spytałem i zauważyłem przy tym, że pielęgniarka, która się mną wcześniej zajmowała, wyszła.
– Domyślam się, że chodzi panu o ZZZiIP? – upewnił się mój rozmówca. – Jest o skrót od nazwy Związek Zepsutych Zabawek i Innych Przedmiotów. Trzy lata temu – tutaj poprawił się na stołku – założono to stowarzyszenie z zamiarem uratowania jak największej liczby wyrzucanych przedmiotów, które wcześniej dzielnie służyły ludziom i były na każde ich zawołanie, lecz po zepsuciu ich właściciele je po prostu… wyrzucili. Bez łez, bez zastanowienia, bez jakiegokolwiek podziękowania, zużyli, a później porzucili niczemu winne narzędzie. Członkowie Związku chcą zemsty. Zamierzamy zebrać armię i pokonać ludzkość, patrzeć, jak cierpią miliony, tak jak popsute zabawki, zegarki, gry planszowe czy stare podręczniki – porzuceni, zaniedbani, brudni i niepotrzebni. Chcemy nauczyć ich szacunku, lecz już za późno na przeprosiny i wybaczenie! – Alfred tak wczuł się w rolę, że zaczął niemal krzyczeć. Zamilkł na chwilę, by po sekundzie mówić dalej: – Znajdujemy w śmietnikach, a nawet na ulicach niepotrzebne, bezużyteczne sprzęty stworzone dla człowieka i z myślą o nim. Zabieramy je tutaj, naprawiamy po części i oddelegujemy do specjalnego oddziału. Najczęściej trafiają się żołnierze, ale też są tacy, którzy nadają się do planowania strategii, dopracowywania broni, rozmawiania z przywódcami Związku w innych krajach… na przykład pan nie wydaje mi się kimś, kto latałby ze sznurówką po mieście, sądząc po pańskim zasobie słów, mam rację? – Fakt, nie czułbym się dobrze na tym stanowisku, jednak nie wiem, czy czułbym się dobrze na którejkolwiek posadzie tutaj. Co jednak innego mi pozostało, jak wstąpić w oddziały ZZZiIP? Albo będę im pomagał, albo wrócę do śmietnika… Poza tym, wizja wydawania sprawiedliwości wydawała mi się kusząca. Gdy jednak wyobraziłem sobie moich poprzednich właścicieli oraz mnie, duszącego sznurówką całą rodzinę, ogarnęła mnie rozpacz. To prawda, byłem na nich zły, ale nie aż tak, aby ich pozabijać! Przypomniałem sobie wyrzuty sumienia, jakie odczuwali bohaterowie przeczytanych przeze mnie powieści po zamordowaniu kogoś, nawet w najlepszym celu. Czasami pod wieczór wymykałem się do salonu, gdzie znajdywałem wysoką półkę wypełnioną po brzegi książkami i czytałem jedną z nich. Nie mógłbym żyć ze świadomością, że przyczyniam się do wojny, przez którą ktokolwiek cierpi. Jednak musiałem się liczyć z tym, że jeśli nie tutaj, to na śmietnik, jak wcześniej wspominałem. Wzdrygnąłem się. Zerknąłem na kolorowe futro Alfreda, przypomniałem sobie o zepsutym zegarku i jego towarzyszach, którzy mnie uratowali – zapewne wszyscy pragnęli zemsty. Kto wie, przez co przechodzili tydzień, miesiąc, rok wcześniej? Okrucieństwo gatunku ludzkiego nie zna granic. Patrząc już bez cienia wątpliwości w paciorkowate oczy misia, powiedziałem:
– Dobrze bym się sprawował przy oddziale, w którym pracuje się raczej umysłowo niż fizycznie, ma pan rację, doktorze. Gdziekolwiek jednak mnie przydzielicie, zrobię wszystko, żeby jak najlepiej pomagać Związkowi.

5 komentarzy:

  1. Na początku muszę wyrazić mój zachwyt nowym wyglądem bloga. Jest piękny i bardzo, bardzo zacny! Serio, cudeńko:D
    No właśnie, szkoda, że zamknięto Arenę Snów... to naprawdę było fajne miejsce i okazja do wysilenia mózgownicy oraz otrzymania rzetelnej oceny... szkoda, no szkoda:(
    A Ty wiesz, że kiedy byłam mała, to wierzyłam, że zabawki żyją?:D Naprawdę, wyobrażałam sobie, że mają emocje i czują, a w nocy rozmawiają ze sobą. Spałam ze wszystkimi pluszakami, żeby żadnemu nie było przykro, żegnałam się z nimi, gdy wyjeżdżałam... tak, byłam dziwnym dzieckiem;) Ale do tej pory mam sporo moich maskotek- mam do nich niesamowity sentyment... no jak mogłabym je wyrzucić? Jeszcze ZZZIP by mnie atakowało! Nie dziękuję, ta jednostka wzbudza we mnie lęk. Zwłaszcza ten miś w okularach i kitlu. Ej, serio, to niebezpieczny zawodnik. Prawdziwy manipulant- dba o swój wizerunek, ma dobrą gadkę i dar przekonywania... strach się bać!
    Biedny Damian... kurczę, naprawdę mi go żal. Zniszczony, sponiewierany, wyrzucony... to smutne. Czasem nawet ludzie doświadczają czegoś takiego.
    Opowiadanie bardzo przypomina mi ,,Toy story 3" i wnioskując po tytule, to zabieg celowy. Nawet ten pluszowy manipulant w kitlu jest troszeczkę podobny do tego fioletowego misia z laską (chociaż jest trochę inny- te okulary i kitel nadają mu wizerunek inteligenta, a wiadomo,że takie osoby i przedmioty to najniebezpieczniejsi przeciwnicy. Ej, serio, boję się tego miśka!). W każdym razie, bardzo podobał mi się ten tekst, był naprawdę przepełniony tą atmosferą odrzucenia. Można było poczuć ten bunt przeciwko złemu traktowaniu i pragnienie zemsty. No i jakoś tak z niepokojem zerkam na mojego pluszowego miśka. A nuż wytrzaśnie skądś kitel?...
    Naprawdę zacne opowiadanko:D
    Pozdrawiam ciepło!
    P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Szablon moim zdaniem również cudny, Weronika stanęła na wysokości zadania. Jestem z niego taka dumna, że zawsze, jak odpisuję na komentarze, to nie mogę się napatrzeć! :)
      Dla mnie jest to podwójnie smutne, ponieważ to właściwie tam nauczyłam się pisać: to oni mnie nauczyli poprawności ortograficznej, a także tam wyrobiłam sobie mój styl. W ogóle to nie wiem, czy bym wpadła w tym wieku na rozpoczęcie swojej przygody z opowiadaniami, gdybym nie trafiła na Arenę (wcześniej forum Saphira, ale to tak na marginesie). Tak więc ubolewam nad tym i chociaż staram się pocieszać myślą o blogasku i wspomnieniami z czasów świetności tej zacnej stronki, to i tak trochę tego żalu pozostaje.
      Wiesz, miałam podobnie, ale nie aż tak... :D To wszystko wzięło się od przefajowskiej bajki, którą jest "Toy story", "Toy story 2" itd. Jedyną pluszową maskotką, która mi została z dzieciństwa, jest mój ulubiony Kubuś Puchatek. Reszta stała się zabawkami mojego psa lub moich kuzynów... tak, jak podrosłam, to uznałam, że lepiej się przydadzą innym... i w sumie taka prawda, ale trochę mi żal tych zniszczonych przez mojego psa, chociaż wiem, że miał radochę (i ten dylemat, kiedy nie wiesz, jakiej emotki użyć).
      Haha, nie sądziłam, że doktorek wzbudzi w Tobie takie emocje ;) Owszem, ta postać jest wzorowana na misiu z "Toy story 3", tyle że to opowiadanie jest przeznaczone raczej dla starszych czytelników, a nie dla dzieci ;) Wiesz, duszenie ludzi sznurówką przez krwiożerczego pluszowego kota... hm, to raczej nie jest odpowiedni widok dla najmłodszych :I
      Taak, Damian to szczególny przypadek... żałuję, że dałam tak mało jego przemyśleń na temat wstąpienia to ZZZiIP-u, ale i tak się dziwię, że potrafiłam napisać taki tekst przed rokiem! Sądziłam, że pisałam wtedy znacznie gorzej, a tutaj taka miła (lub niemiła, zależy, z której strony patrzeć) niespodzianka.
      Dziękuję, miło mi się robi, kiedy widzę, że Pola nazywa moją opowiastkę zacną! :")
      Pozdrawiam również! kotołaczka02

      Usuń
  2. Ten nowy wygląd... Po prostu odebrało mi mowę! To zdecydowanie jeden z najpiękniejszych szablonów, jakie kiedykolwiek widziałam!
    Samo opowiadanie skomentuję prawdopodobnie jutro, ale dzisiaj nie mogłam się powstrzymać, by nie napisać ci, jak zachwycona jestem nowym wyglądem (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję :) Moja siostra również się cieszy, gdy widzi takie miłe słowa o jej robocie!
      Pozdrawiam! kotołaczka02

      Usuń