środa, 20 kwietnia 2016

FF: Jałówka

Oto i pierwsze fanfiction w tym roku na blogu! W celu lepszego zrozumienia treści uprasza się z zapoznaniem z mitem o Kadmosie, najlepiej autorstwa Owidiusza. Tutaj macie link do streszczenia mitu oraz biografii naszego herosa na Wiki. Pełna wersja mitu, do którego pisałam fanfika, to fragment książki "Przemiany" lub "Metamorfozy", który znalazłam w podręczniku od polskiego.
Z cyklu ogłoszeń najdrobniejszych: niestety, ale nic mi się nie udało zdobyć w konkursie miesięcznika WOBEC, o którym już tutaj wspominałam. Nie mniej jednak tekst pojawi się, prawdopodobnie już drugiego maja :)
I przy okazji: są tutaj jacyś trzecioklasiści? Jak Wam poszło? Trzymałam kciuki, autorka grafik na Opowiastkach też w tym roku pisała egzaminy!
Ach, jeszcze jedno: nie wiem, czy zauważyliście, ale wygląd blogaska zmienia się zależnie od pory roku. Pomysł  podwędziłam od Poli, mam nadzieję, że się nie obrazi :)
Miłej lektury!
Od cielęcia mieszkałam w okolicach tak zwanej apollinowej wyroczni. Co rano wychodziłam ze swoją liczną rodziną na pastwiska (których notabene brakowało w Helladzie), zjadałam to, co się do tego nadawało, wieczorem wracałam do zagrody, gdzie wraz z kozami wymienialiśmy się nowościami.
Taki żywot, dzień w dzień niezmienny, odpowiadał mi. Pogaduszki z resztą trzody oraz dzikimi zwierzętami umilały mi czas, a monotonne żucie trawy było kwintesencją bezpieczeństwa i spokoju. Nie zamieniłabym się na pełną niewiadomych egzystencję ludzką lub, Zeusie broń, półboską. Stokroć milsze mi były helleńskie wzgórza obrośnięte suchą trawą niźli walka z wrogami czy bezsensowna tułaczka po kraju.
Jednak nic nie trwa wiecznie i Mojry nie oszczędzają nawet niewinnej jałówki.
Tego dnia zatrzymaliśmy się na polanie oddalonej o kwadrans marszu od atrakcji Delf, gdy poczułam jakiś dziwny impuls. Nagle okazja odłączenia się od stada i pójścia drogą skręcającą w stronę wyroczni stała się dla mnie tak kusząca, jak nic innego. Bez słowa zostawiłam znaleziony przed chwilą kwiat oraz ładną kępę trawy i ruszyłam w tamtą stronę. Nic nie mogło mnie zatrzymać, bo ta dróżka, którą mijałam cztery razy dziennie, zmieniła się dla mnie w szansę spełnienia najskrytszych pragnień.
,,A jeśli ona prowadzi na nietkniętą byczym kopytem łąkę z soczystymi, świeżymi roślinami?”. Ta myśl dodała mi odwagi. Przyspieszyłam kroku. Wołania mojej matki na nic się nie zdały. Noga za nogą parłam do przodu i nic mnie nie obchodziło, skąd u licha u mnie takie zachowanie godne bezmyślnej świni.
Szłam, ba, biegłam dalej, nie oglądając się, nie myśląc o konsekwencjach swoich działań. Jakby ktoś wyrwał mi ze łba mózg i zamiast niego włożył tam garść słomy. Gdybym tylko potrafiła powstrzymać tę nieuzasadnioną żądzę!
W ten sposób minął kwadrans. Pojawiłam się na drodze przed świętym miejscem. W tym samym momencie czar się skończył, a ja stałam samotnie przed wyrocznią, oddalona od stada, nie wiedząc zbytnio, skąd się tam wzięłam.
Myślicie, że zwierzęta nie odczuwają emocji? Że nie jest im przykro, że nigdy się nie smucą czy nie złoszczą? Mylicie się. Łzy napłynęły mi do oczu, raz po raz obracałam się wokół własnej osi próbując odnaleźć moją matkę. Jaka siła mnie tam przywiodła? Nigdy samotnie nigdzie nie poszłam, zawsze towarzyszyła mi inna krowa, człowiek lub koza. Ta nagła chwila samotności sparaliżowała mnie i za nic nie mogłam się zmusić do podjęcia racjonalnej decyzji.
Poddając się rozpaczy już miałam unieść łeb ku niebu i błagać o pomoc bogów, gdy zauważyłam, że po schodach znajdujących się naprzeciw mnie schodził młodzieniec o szlachetnych rysach, ubrany w odzienie warte stu takich jak ja. W niczym nie przypominał rodziny wieśniaków, do której należałam. Mógł być bogaczem albo nawet księciem czy innym arystokratą. Emanowała z niego moc i siła, a radość, jaka wykwitła na niego twarzy, była mi milszym obrazem niż ściółka gotowa do spożycia.
Oczywiście ta podniosła chwila minęła w momencie, w którym stanął obok mnie.
– No, ruszaj – rzucił na powitanie z niepojętą dla mnie ekscytacją. Niepewnie postąpiłam dwa kroki na przód. On uczynił to samo. Gdy wciąż stałam w miejscu, on wyciągnął rękę i poklepał mój prawy bok.
Wyobraźcie sobie: rozdziera was smutek i właśnie wtedy spotykacie obcego gościa, który dotyka was już w pierwszych dwudziestu sekundach znajomości! Czym prędzej odskoczyłam od niego i zdołałam pokonać parę metrów, kiedy zorientowałam się, że on idzie za mną! Przyspieszyłam, co chwila sprawdzając, czy wciąż mnie śledzi. Nadal mnie nie opuszczał! Przeraziłam się nie na żarty. Podążałam tą samą dróżką, która mnie tam przywiodła, więc miałam nadzieję, że znajdę moją rodzinę, a oni mnie obronią.
Pokrzepiona tą myślą pędziłam dalej. Tymczasem człowiek nie zadał sobie trudu ukrywania się przede mną, co jedynie potęgowało mój niepokój.
Kiedy wreszcie droga uległa rozwidleniu, natychmiast wybrałam skręt w prawo. Jednak z każdym kolejnym mijanym głazem uświadamiałam sobie, że nie znam tego miejsca! Nadzieja o dołączeniu do matki opuściła mnie, a szlachetnie wyglądający pan wciąż za mną szedł.
Kiedy minęło już około pięciu godzin od chwili, gdy kazał mi ruszać, zobaczyłam niewielki strumyk, więc z ulgą skierowałam się ku niemu. Zapominając o obecności natręta ugasiłam pragnienie, które mną owładnęło. Następnie skierowałam się w stronę skupiska roślin nadrzecznych i pożarłam je natychmiast.
Uniosłam głowę. Mój sielankowy nastrój całkowicie się ulotnił. ON siedział pod drzewem i gapił się na mnie.
,,Psychol jaki czy co?”, zdążyłam pomyśleć, zanim on nie wstał i nie ruszył wolnym krokiem w moją stronę. Znów obleciał mnie strach i w panice rzuciłam się do ucieczki.
Tak mniej więcej wyglądało kolejnych jedenaście godzin mojego życia.
***
Miałam dość. Mimo nielicznych postojów byłam głodna, zmęczona i przez nieopuszczający mnie strach tętno wzrosło mniej więcej dziesięć razy.
Więc, kiedy już nie byłam zdolna do dalszej ucieczki przed obłąkańcem, stanęłam w miejscu i, chociaż bardzo starałam się zachować równowagę, tak jak stałam, tak też runęłam na ziemię.
Tak. Zgadliście. Umarłam.
Zapewne większość z was (czyli ci obdarzeni dobrym sercem) uważa, że było to jedna wielka niesprawiedliwość. Jak można śledzić krowę przez lwią część dnia po to, żeby przyglądać się, jak umiera? Powiedzcie sami: czy gdybyście byli starożytnymi królami, szlachcicami, mędrcami, herosami czy bogowie wiedzą, kim jeszcze, to czy waszym hobby zostałoby ściąganie niewinnej jałówki? Gdyby mi się jeszcze przedstawił, wyjawił powód swojego dziwnego zachowania – ale nie! Zupełnie nic nie wiem o swoim byłym prześladowcy. Jeżeli się dowiecie, jakie imię nosił, to znajdźcie go i przekażcie ode mnie solidnego kopa w głowę.
Tak więc umarłam śmiercią haniebną dla mojego rodzaju: nie ze starości, w ciepłej zagrodzie, lecz ze zmęczenia!
Podsumowując: fatum nie oszczędza nawet zwierząt.

4 komentarze:

  1. Przyznaję, że nigdy nie wpadłabym na pomysł napisania fan-fiction do greckiego mitu z perspektywy jałówki!:D Ale jest to genialne. Matko, to jest tak bardzo genialne. Biedna jałówka, tak się poświęciła, a nikt nawet nie docenia jej wkładu w założenie Teb:( I cóż za ironia losu, Kadmos za nią podąża, bo myśli, że wskaże mu drogę, a ona po prostu przed nim ucieka. Biedna, naprawdę... a Kadmos nawet nie zdawał sobie sprawy, że zamęczył nieszczęsne zwierzę.
    Tragika przeznaczenia.
    W ogóle zapomniałam, kim był Kadmos i musiałam sobie przeczytać streszczenie. To straszne, tak się człowiek kiedyś znał na greckich mitach, a teraz tyle rzeczy wylatuje z głowy:(
    Co do wyglądu bloga, to absolutnie się nie obrażę, zresztą już zrezygnowałam z tego zabiegu:) A te drzewka i kwiatki po prawej są cudne.
    To czekam z niecierpliwością na drugiego maja:)
    Pozdrawiam ciepło!
    P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kłaniam się w pas :D
      Ja poznałam Kadmosa dopiero w szkole, więc obawiam się, że mitologia ma przede mną jeszcze wiele sekretów... w końcu wujcio Rick to nie jedyne źródło informacji! :I
      Niezwykle mnie to cieszy :D
      Pozdrawiam również! kotołaczka02

      Usuń
  2. Ja tak trochę z zaległościami, ale dawno mnie nie było:(
    Pomysł na prawdę genialny, twórczy i na pewno nie spotykany. Nie wpadła bym na coś takiego!
    Niektóre żarty słowne, czy ja to ładnie nazwać, były na prawdę w stylu wójka Ricka. A to duży komplement :D
    Pozdrawiam!
    Patrycja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że jesteś! <3
      Dziękuję! ^^
      Pozdrawiam również! kotołaczka02

      Usuń