poniedziałek, 2 maja 2016

Zagrożenie

Dzisiaj wstęp będzie krótki, bo już wspominałam o tym opowiadaniu. Jeszcze tylko dwie sprawy; powodzenia, maturzyści!; jutro wieczorem zamierzam uzupełnić zaległości w komentarzach u siebie i u innych.
Enjoy!
Budapeszt, sierpniowa noc dwa tysiące trzynastego roku. Mimo późnej nocy ruch na ulicach nie zmalał. Turyści i mieszkańcy węgierskiej stolicy przeplatali się ze sobą, a ich rozmowy tworzyły  muzykę dla postronnych obserwatorów. Trwała ona niczym pierwotna siła i żadna istota nie miała wystarczającej mocy, by ją uciszyć. Niemal każdy z przechodniów dołączał do niej swoje emocje, przemyślenia, problemy i historie, a one uzupełniały się wzajemnie tak, aby nic tej melodii nie brakowało: ani melancholijnego motywu, ani radosnej nuty, ani skocznego fragmentu, ani spokojnego brzmienia. Tak powstała mieszanka wyrażała wszystkie uczucia, chociaż jedne były cichsze od drugich.
Do harmonii nie dołączyły się jedynie dwie osoby siedzące nad brzegiem Dunaju od strony Pesztu. Znajdowały się nieopodal Mostu Łańcuchowego, gdzie muzyka była najdonośniejsza. Wpatrywały się w zabytki Budy, drugiej części miasta. Napawały się dotykiem trawy i kurtek, na których siedziały, w skupieniu przysłuchiwały się potężnej melodii i nie odczuwały potrzeby zakłócania swojej radości. Jednak po każdym milczeniu nastaje słowo. Młodsza z osób odezwała się pierwsza:
– Widzisz te białe punkty? – Uniosła rękę by wskazać wysoką, jasno oświetloną kościelną wieżę znajdującą się na wzgórzu. Wypowiedziane zdanie wniosło ciekawość do muzyki, lecz po chwili i ta emocja przeminęła, porwana przez inne uczucia.
– Widzę.
Istotnie, wokół wieży kościoła Macieja krążyła mnoga liczba białych punktów. Ich wirowanie składało się w dziwaczny taniec, którego ktoś niewtajemniczony mógłby nie zrozumieć. Razem z utworem autorstwa budapesztańskich tubylców i przyjezdnych najróżniejszych narodowości wirowanie odległych, tajemniczych obiektów tworzyło układ, którego nieuważni mogliby nazwać czymś zwyczajnym. W rzeczywistości była to nieziemska kompozycja nie do powtórzenia.
– To pewnie jakieś ptaki. Może mewy.
– Raczej tak.
To nie były ptaki.
***
Krążąc wokół architektonicznego dzieła Frigyesa Schuleka nie można było usłyszeć muzyki równie uważnie z prostego powodu: nie docierała tak wysoko. Poza tym istoty latające przy katedrze Budzińskiej Pani, chociaż na co dzień doceniające tak doskonałe kompozycje, w tej chwili były zajęte czymś innymi.
Przekrzykujące się wzajemnie po łacinie najznakomitsze osobistości w czarodziejskim półświatku szukały swoich znajomych, by w ich obecności udać się w stronę Góry Gellérta. Młoda czarownica Michalina w coraz większym rozdrażnieniu przeciskała się między swoimi koleżankami po fachu. Od ponad półgodziny poszukiwała swej przyjaciółki Marii – jak dotąd bezskutecznie. Raz natknęła się na grupę rozchichotanych Włoszek, jednak to były te snobki z Sycylii, a nie posiadająca rezydencję ukrytą w Alpach rodzina Scozzari.
"Zapewne jak zwykle się spóźnia", pomyślała Michalina. Z trudem utrzymywała już swe nerwy na wodzy.
Wreszcie dostrzegła starszą siostrę Marii. Francesca również ją zauważyła i czym prędzej do niej podleciała.
– Dobry wieczór, Michalino! – przywitała się z Polką.
– Dobry wieczór. Gdzie jest Maria? Czemu widzę cię dopiero teraz? – odpowiedziała, przechodząc na międzynarodowy język czarownic – łacinę.
– Przyleciałam tutaj, by cię znaleźć. Miotła Marii uległa uszkodzeniu i ledwo jej się udało dotrzeć na Górę Gellérta. Chciała sama przylecieć po ciebie, ale lądując, skręciła kostkę. Wiesz przecież, jaka z niej niezdara!
– Krążę tutaj od półgodziny.
Scusi! Spieszyłam się najbardziej, jak mogłam, ale po drodze zatrzymałam się, by posłuchać tego uroczego szumu w mieście... Też musisz spróbować! Jest niesamowity! Brzmi niczym...
Michalina odetchnęła głęboko i policzyła od jednego do dziesięciu i znów w odwrotnej kolejności w trzech językach. Tyle czasu potrzebowała, by nie strącić Franceski Scozzari z jej nowego modelu miotły Sprzątającej firmy Proton ("I jesteś na plus!"). Starza z czarownic nie przerwała swojego trajkotania, wychwalając uliczny gwar pod niebiosa (notabene całkiem zasłużenie). Muzykalność starszej z sióstr nie była nowością dla zmęczonej podróżniczki, lecz akurat w tym momencie nie miała najmniejszej ochoty rozmawiać z nią o czymkolwiek.
– Może po prostu polećmy na miejsce, dobrze? – wtrąciła w końcu, ucinając tym samym wykład członkini starożytnego rodu o właściwościach dziecięcego płaczu w utworze granym na ulicach Budapesztu.
Obie dziewczyny bez dalszej zwłoki poleciały w stronę Cytadeli. Chociaż ich biała szaty odznaczały się na tle nieba, żaden ze śmiertelników nie zwrócił na nie szczególnej uwagi. Każdy z nich był zajęty swoją rolą w orkiestrze, a nawet jeśli przez przypadek spojrzałby do góry, to i tak pomyślałby to samo, co wcześniej dwie osoby odpoczywające nad Dunajem.
W ten sposób dotarły do tarasów widokowych na sławnej górze. Mimo naprawdę późnej pory wciąż kręciło się w pobliżu kilku ludzi, którzy zechcieli podziwiać nocną panoramę Budapesztu. Bez dalszych niespodzianek minęły fotografów i od razu wylądowały nieopodal pomnika Wyzwolenia. Michalina nigdy go nie widziała, a był naprawdę imponujący.
Na wysokim cokole umieszczono rzeźbę dziewczyny trzymającej liść palmowy w uniesionych rękach, po prawej stronie na dole znajdował się młodzieniec z pochodnią w euforycznej pozie, natomiast po lewej – kolejny, tym razem uwieczniony podczas walki z smokiem, chłopak. Pomimo swojej okazałości to nie budapesztańska Statua Wolności przykuwała całą uwagę. Wokół niej włóczyło się mnóstwo kobiet w różnym wieku. Każda z nich miała na sobie biały płaszcz z kapturem i większość była niskiego wzrostu. Na tym jednak podobieństwa się kończyły. Znajdowały się tu i ciemno-, i jasnowłose, garbate i wyprostowane jak struna, obdarzone pokaźnym nosem oraz całkiem zwyczajnym, obdarzone gładką skórą i z brodawkami, piękne, brzydkie, tajemnicze, urocze... reasumując: zbiór najróżniejszych postaci.
Do cokołu został przywieszony duży transparent z napisami po węgiersku, grece i łacinie: "Witamy na CDXI Europejskim Sabacie Czarownic im. Baby Jagi". Wokół roztaczał się zapach słodkości, starych ksiąg i ziół. Tutaj nie docierała już muzyka tworzona przez śmiertelników; zamiast niej słychać było równie donośne rozmowy długowiecznych, pohukiwanie sów, miauczenie kotów oraz łagodny utwór kwartetu smyczkowego składającego się z dwóch wiedźm, rusałki i najady rzecznej.
Chociaż dla większości ludzkości taki widok wydałby się dosyć specyficzny i niezwłocznie udaliby się na spotkanie z psychiatrą, dla Bałkańskie nie był aż tak nadzwyczajny. W Sabatach uczestniczyła od szesnastego roku życia, czyli od dziewięciu lat. To na jednym z nich poznała swoją przyjaciółkę.
Á propos Marii – Michalina właśnie ją dostrzegła i już do niej szła. Włoszka siedziała przy stole z grupką rumuńskich długowiecznych i zaśmiewała się, pijąc przy ty herbatę. Gdy tylko dostrzegła przyjaciółkę, od razu podniosła się i uśmiechnęła szeroko. Jednak jej radosna mina została natychmiast zastąpiona przez grymas bólu, a kontuzjowana opadła na krzesło, tłukąc przy okazji filiżankę z jej napojem.
Ty naprawdę skręciłaś kostkę, Duża! wykrzyknęła na ten widok mieszkanka Gór Świętokrzyskich.
– Myślałaś, że udaję, Mała? – odparła poszkodowana na wpół się krzywiąc, na wpół uśmiechając.
Te niezbyt oryginalne przezwiska nawiązywały do ich wzrostu. Ród Scozzari wyróżniał się tym, że był on większy niż u innych czarownic zazwyczaj przekraczał sto siedemdziesiąt centymetrów. Michalina, nie odstając od reszty wiedźm, liczyła sobie ich sto pięćdziesiąt trzy.
– Gdzie się podziała twoja babka? Matka już zdrowa? Wiesz, gdzie mam zostawić miotłę? Kiedy zacznie się przemówienie panny Nathanson? Widziałaś gdzieś ciastka z rodzynkami? Tak dawno się nie widziałyśmy! – wyrzuciła jednym tchem nowo przybyła.
– Nie tak prędko! Co ja zrobię z tą filiżanką...
Mała wywróciła oczami. To całkiem w stylu Marii – nie widziały się od miesiąca a ona myśli o takich błahostkach!
Dopiero w tym momencie zdrowa wiedźma zauważyła siedzące obok Rumunki. Przeklinając swoje niedopatrzenie, podała rękę jednej z nich. Trzy dziewczęta wstały i po kolei przedstawiły się, lecz zaraz ją przeprosiły i odeszły w stronę słodkich przekąsek na drugim końcu placu. Polka zajęła jedno ze zwolnionych miejsc.
– Zostaw to naczynie, przywitaj się chociaż ze mną! – zwróciła się do przyjaciółki. Ta podniosła głowę i skupiła całą uwagę na niej. W tym czasie przybiegła ekipa sprzątająca w postaci skrzatów i po chwili nie było juz śladu po zniszczonym przedmiocie.
Uzdolnione (jak określały siebie czarownice) wymieniała się nowościami nie zwracając uwagi na swoje otoczenie. Tymczasem wokół zgromadziło się coraz więcej świetlików, które służyły jak lampy. Kwartet z wolna cichł, aż wreszcie muzykantki zeszły z prowizorycznej sceny ustawionej pod pomnikiem. Wszechobecny gwar uspokajał się, a zgromadzone na Sabacie kobiety zajmowały miejsca siedzące. Do gawędzących przyjaciółek dosiadła się Francesca, która wcześniej udała się do swoich znajomych, oraz najważniejsza osobistość magicznego półświatka północnych Włoch: Giudytta Scozzzari, babka Marii i doświadczona podróżniczka, tym samym autorka najważniejszych magicznych map.
Wraz z jej pojawieniem się przy stoliku skończyły się wszelkie rozmowy, a stłoczone wokół niego czarownice oddały się piciu herbaty. Chwilę później na podwyższenie wstąpiła panna Edith Natahnson – angielska wiedźma, która wynalazła m.in. lek na oparzenie pokrzywą złośliwą, rośliną znaną jedynie Uzdolnionym.
Rozległy się uprzejme oklaski. Panna Nathanson pozdrowiła wszystkie czarownice promiennym uśmiechem i uniesieniem prawej dłoni. Była ubrana tak, jak wszyscy, ale jej znakiem rozpoznawczym były włosy: jak zwykle zostały zaplecione w coś na kształt pętli wokół jej szyi, która zaczynała się z lewej i kończyła z prawej strony głowy. W ten sposób zakrywała paskudne poparzenie.
– W tym roku to mnie Najwyższe Zgromadzenie wybrało do pełnienia zaszczytnej roli prowadzącej Sabatu – oznajmiła po wstępnych uprzejmościach. – Uroczystość rozpoczniemy od podsumowania zeszłego roku w trzech kategoriach: wynalazki, odkrycia i najważniejsze wydarzenia.
Ponownie rozległy się brawa, a Michalina udała się do pobliskiego barku po kawałek ciasta. Według niej była to najnudniejsza część spotkania. Z powodu zakazu używania czarów w jego trakcie, miała spędzić najbliższą godzinę konając z nudów; pod czujnym okiem Giudytty nie mogła porozmawiać z Dużą, nie mówiąc o magicznym połączeniu myśli.
Kiedy Bałkańska zajadała się szarlotką (dzięki uprzejmości skrzatów barek został przysunięty bliżej niej), rozdawano nagrody za wybitne osiągnięcia. Raz był to lek, niekiedy innego rodzaju napar, czasem znów nowy rodzaj miotły, a innym razem pokonanie grupy strzyg w pojedynkę. Towarzyszyły temu oklaski i szepty uznania. Każda nagrodzona wygłaszała krótkie podziękowanie, potem siadała na miejsce.
Wreszcie uroczystość została zakończona i panna Edith przeszła do bardziej interesującej części programu: Zapowiedzi. Podczas tej ceremonii lekarka miała odczytać wszystko, czego można się było spodziewać w przyszłym roku; poczynając od mody, poprzez wynalazki, na pogodzie kończąc.
Odkrywczyni leku z bardzo poważną miną zaczęła mówić:
– Drogie panie, z przykrością stwierdzam, że w tym roku podczas Zapowiedzi mam wam do przekazania tylko jedną informację. Podczas Sabatu zbierają się najważniejsze osobistości Europy, dlatego proszę panie o przekazanie tego pańskim rodakom, oczywiście w miarę możliwości.
Mała ze zdumieniem spojrzała na Włoszki – siostry wydawały się równie zdumione, co ona. Babka Scozzari zacisnęła usta w cienką kresę, nie pokazując innej emocji niźli konsternacja.
Prowadząca ciągnęła:
– Najwyższe Zgromadzenie apeluje: zbliża się niebezpieczeństwo. Powtarzam: zbliża się niebezpieczeństwo. Proszę się zastosować do poniższych wskazówek. Po pierwsze: należy pilnować wszystkich instrumentów muzycznych. Po drugie: upewnijcie się, że nieopodal waszych domów znajduje się schron. Po trzecie: proszę o niewyjeżdżanie poza granice Europy dopóki Zgromadzenie nie odwoła stanu zagrożenia.
W tym momencie wybuchło żywe poruszenie. Wszystkie czarownice zwróciły się do swoich znajomych, wokół rozległy się rozmowy w najróżniejszych językach. Nikt już nie zwracał uwagi na konwenanse.
– Co to ma znaczyć? – odezwała się Francesca. – Czemu mama nic nam nie powiedziała?
Córka Giudytty zasiadała w Najwyższym Zgromadzeniu.
Michalina z trudem zachowała zimną krew. Chwyciła za ręce Dużą i rozpaczliwie zapytała:
– Co ja mam, na Jagę, zrobić?
Zdezorientowana młodsza z sióstr nie wiedziała, co odpowiedzieć. Wtrąciła się jej babka:
– Góry Świętokrzyskie to najbezpieczniejsze miejsce na całej półkolu wschodniej. Wiesz, jak prastara magia strzeże to miejsce. A teraz uspokójcie się! Nic jeszcze się nie wydarzyło. To było tylko ostrzeżenie.
Jednak rozbudzone Uzdolnione ani myślały się opanować. To tu, to tam rozhisteryzowane czarownice zanosiły się szlochem lub padały zemdlone w ramiona znajomych. Co silniejsze próbowały złagodzić te wybuchy emocji.
Zgromadzenie nigdy nie podnosiło alarmu z byle powodu.
Na twarzy panny Nathanson widać było cień troski, ale  przede wszystkim wydawała się zdecydowana.
– Bardzo prosimy o spokój. Powtarzam: spokój! – dodała niemalże krzycząc do mikrofonu. Rozmowy przemieniły się w szepty, a szloch w spazmatyczne łkanie.
– Zgromadzenie dba o bezpieczeństwo wszystkich Uzdolnionych i innych postaci naszej społeczności – rozpoczęła łagodnie. – Dlatego reagujemy na tyle szybko, by wieść ta dotarła do każdego zakątka każdego kraju. Niebezpieczeństwo jest jeszcze daleko, więc proszę nie poddawać się rozpaczy! A teraz przejdziemy do towarzyskiej części Sabatu. Na scenę zapraszamy panią Helgę Kutenberg, najlepszą brzuchomówczynię naszego wieku!
Co niektóre osoby zaklaskały, ale znów przerażenie zapanowało nad tłumem. Ogólna bezradność i niezrozumienie przytłoczyły Bałkańską. Raz po raz rzucała ukradkowe spojrzenia w stronę panny Nathanson – podobnie jak reszta zgromadzonych. Ona sama zachowywała się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Głaskała swojego kota, popijając przy tym szampana.
Spojrzała na babkę Scozzari. Ewidentnie coś ukrywała. Nie zwracała uwagi na podniecenie reszty wiedźm.
Teraz zwróciła się do Marii. Ta przygryzła wargi z przejęciem, a na jej twarzy królował strach.
– Później – mruknęła.
Mała zrozumiała. Zajęła się swoją herbatą i próbowała zatrzymać drżenie rąk.
Za wszelką cenę próbowano odzyskać lekką atmosferę, która panowała podczas rozdania nagród. Wreszcie wszystkie długowieczne skupiły się na widowisku pani Kutenberg. Jednak ziarno niepokoju zostało zasiane i już zaczęło kiełkować.
***
Daleko na południowy-wschód muzyka była jeszcze potężniejsza.
Prawieczna melodia już dawno utraciła przeraźliwą moc, którą dysponowała, lecz w każdej chwili mogła ją na nowo rozbudzić.
Wiatr poderwał piasek do szalonego wirowania, pobudzając nierytmiczny utwór do życia. Powstały nowe wydmy, ale nie wystarczyło to podmuchowi. Pustynia Gobi nigdy nie wyglądała tak samo każdego dnia. Miliardy ziaren uderzały o siebie nawzajem, wydobywając w ten sposób mikrodźwięki, które razem o stokroć przewyższały najlepsze kompozycje dla orkiestr symfonicznych.
I nagle, około dwóch kilometrów od szalejącej zamieci, w ziemi powstał dół, do którego z wolna zaczął się osuwać piach. Nie wydał jednak przy tym najmniejszego dźwięku.
Burza piaskowa poczęła się uspokajać. Nie trwała dłużej niż dziesięć minut. Spokojnie leżące ziarenka piasku wydawały jeszcze cichsze dźwięki, chociaż wcześniej ich muzyka była tak mocna...
"...trwała ona niczym pierwotna siła i żadna istota nie miała wystarczającej mocy, by ją uciszyć".
Z dołku wysunęła się ciemna masa w półpłynnej postaci. Miarowo wypływała na światło dzienne. I wtedy zaległa...
Cisz...

5 komentarzy:

  1. Opowiadanko jest bardzo zacne. Podoba mi się klimat Budapesztu (notabene bardzo chciałabym tam pojechać!), sabatów czarownic (mam słabość do wiedźm), miotły Sprzątającej (,,I jesteś na plus!"), sporo magii i w ogóle- jest fajowo! Klimacik działa na wyobraźnię, no i jak wspominałam, uwielbiam czarownice, a tu jeszcze w uwspółcześnionej, humorystycznej wersji... cudo! Chłonę to całą sobą.
    Przyznam jednak szczerze, że niektórych rzeczy nie do końca zrozumiałam... Znaczy tak: ta muzyka to taki głos wszystkich ludzi, mieszanka ich emocji, rozmów, opowieści, historii, uczuć, dusz i tak dalej, a czarownice ją słyszą, tak to zrozumiałam. Ale nie bardzo ogarniam motyw zagrożenia, no i końcówki. Chodzi o jakąś moc z pustyni, która sprawiła, że zapadła cisza, jakoś tak uciszyła tę muzykę życia? Czemu czarownice miały zostać w Europie? Czemu ta panna Nathanson tak po łebkach przedstawiła zagrożenie, które wprawiło w histerię (matko, te wiedźmy nadwrażliwe są troszkę... to była mała wzmianka o niebezpieczeństwie! Czemu one mdleją? Czemu spazmatycznie szlochają? Wiedźmy, spokojnie!) cały tłum i potem był występ brzuchomówczyni? O co chodzi z tym zagrożeniem? Nie rozumiem:( Chociaż atmosfera tajemniczości jest, zdecydowanie.
    Niesamowicie podoba mi się ostatnie zdanie. Wprowadza taki niepokój.
    Pozdrawiam cieplutko i przepraszam za chaotyczny komentarz!
    P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Budapeszt jest naprawdę piękny. BTW, pomysł na opko przyszedł mi właśnie jak siedziałam nad Dunajem i patrzyłam na wieżę kościoła, wokół której rzeczywiście unosiły się takie białe punkty! Wtedy między mną i mamą wywiązał się taki dialog, jak w pierwszej części tekstu. Ale to tak już na marginesie.
      Cieszę się, że się podobało! :)
      Tak, zagrożenie z pustyni wchłonęło tę muzykę. Dałam tam ten cytat z pierwszej części opka, żeby pokazać, jak bardzo potężna jest ta moc itd. Chodzi też o to, że Najwyższe Zgromadzenie nie do końca zdawało sobie sprawę, o co chodzi z tym całym zagrożeniem. Dostały niejasny cynk od czarownic z Azji, a te z kolei miały im to wyjaśnić dokładniej. Władze wiedźm europejskich musiały tylko poinformować zgromadzonych na sabacie, same nie wiedząc o co biega. Ale nie przedstawiłam tego dokładnie w tekście, mój błąd ;) Właściwie to wyszło mi z tego coś na kształt prologu do dłuższej historii. Nie miało tak być! :I
      Dziękuję i pozdrawiam również! kotołaczka02

      Usuń
    2. Ale super! Inspiracje przychodzą z naprawdę niesamowitych miejsc;)
      Aaa, okej, teraz mi się rozjaśniło. Dziękuję:) Rzeczywiście opowiadanie wygląda jak początek obiecującej opowieści, naprawdę chętnie przeczytałabym kontynuację:D
      Pozdrawiam!
      P.

      Usuń
  2. Zgadzam się z Polą, opowiadanko jest bardzo zacne.
    Budapeszt! Mój kochany Budapeszt! Kurdę, pierwszy i jak na razie ostatni byłam tam prawie cztery lata temu, ale muszę wrócić! Twój tekst wywołał u mnie tyle miłych wspomnień! No i czarownice! Uwielbiam literaturę "o wiedźmach", a twoje opowiadanie jest naprawdę oryginalne!
    Co prawda - znów tak jak Pola - nie zrozumiałam pewnych rzeczy, ale skrycie mam nadzieję, że ukaże się kontynuacja, a w niej co nieco się wyjaśni.
    Pozdrawiam:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! <3
      Baardzo polecam Budapeszt. Ostatni raz byłam na wakacjach w zeszłym roku, jest tam mega ślicznie i w ogóle tak cudownie! <3
      Cóż, kontynuacji miało nie być, ale mam taką ochotę pisać to dalej. Jeżeli jednak cokolwiek się pojawi, to nieprędko, ponieważ chcę najpierw skończyć tę nieszczęsną opowieść o Toyani. Ech.
      Pozdrawiam również! kotołaczka02

      Usuń