wtorek, 2 sierpnia 2016

Narracja trzecioosobowa

Cześć Wam po długiej przerwie! Jak mijają wakacje? Dzisiaj jedno z opowiadań napisanych na obozie literackim - miałam za zadanie napisać konspekt tekstu, następnie na jego podstawie wykonać tekst właściwy. Jednak, żeby nie było tak łatwo, wychowawczyni dała mi za zadanie umieścić akcję w realiach s-f. Tak też oto i jest - pierwsze s-f na blogu! Konfetti!
Miłej lektury! Ach, spodziewajcie się kolejnego opka za dziesięć dni o tej samej porze! :)

Przez szklane wieko mojej komody życiowej (dzięki której ludzie przez noc oddychali czystym powietrzem, a substancje odżywcze przenikały bezpośrednio do naszej krwi) widać było szafę i dwa obrazy namalowane przeze mnie. Były to moje najlepsze dzieła, napawały mnie dumą. Pierwszy z nich przedstawiał krajobraz Cywilizacji, wykonałam go wszystkimi dwunastoma odcieniami szarości i czernią. Drugi to portret mojej mamy wykonany w stylu neokubistycznym, użyłam do niego odcieni żółtego, pomarańczowego i brązowego, jedynie oczy namalowałam farbą szafirową. Nigdy nie pokazywałam go nikomu z mojej klasy; sztuka była uznawana za dziwactwo, nikomu nie była potrzebna, a gdyby ktoś się dowiedział, że robię coś, czego nie robią inni, cóż... Drżałam, myśląc o tym.
Obudziłam się z poczuciem zmiany. Nie mogłam ustać na nogach, żołądek zawiązał się w pętlę. Odczepiłam rurki od mojego ciała, pchnęłam drzwiczki komody. Ledwie opuściłam miejsce regeneracji, a już zakręciło jej się w głowie. Mi się zakręciło.
Spojrzałam na obrazy. Zachwiałam się. Czy przez słońce kolory wypłowiały? Nie było to możliwe; zmiana zaszła w ciągu nocy. Czyżby ktoś podmienił płótna? To na pewno nie były te same prace, które wykonałam. Zamiast portretu mamy znalazłam kilka żółtych plam, podobnie było z drugim obrazem.
Przyłożyłam rękę do czoła. Moja skóra wydała mi się bardzo delikatna, nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam. Przyjrzałam się dłoni; wyglądała, jakby ktoś starł gumką jej krawędzie, jakbym była złożona z gazu, a nie ciała stałego. Chciałam pobiec do łazienki, ale czułam się, jakby otaczała mnie woda, a nie powietrze.
Znalazłszy się na miejscu, zerknęłam na zegarek. Do łazienki naprzeciwko pokoju szłam przez dziesięć minut.
Przyjrzałam się odbiciu w lustrze. Przede mną stała istota o najbledszej skórze, jaką kiedykolwiek widziałam. Platynowych włosów było za mało, tak jakby postać powoli łysiała. Tęczówek niemal nie można było odróżnić od białek ocznych. Najgorsze w tym wszystkim było to, że ten człowiek był bardzo chudy, lecz nie jak anorektycy, bardziej jak rysunek o złych proporcjach. Lub sylwetka, którą potraktowano gumką.
To nie mogłam być ja, przebiegło dziewczynie przez myśl.
Usłyszałam rozmowę rodziców. Wyszłam z pomieszczenia, dotarłam w końcu do schodów. Musiałam coś sprawdzić; skoro jestem ledwie trzymającą się zbieraniną gazów, to może wcale nie musiałam po nich schodzić. Przerzuciłam nogi przez balustradę w ślimaczym tempie i skoczyłam na dół.
Czułam się jak kartka o dużej powierzchni, którą spuszczono z wysokości. Kołysałam się na boki, aż moje stopy dotknęły podłoża. To było niesamowite. Anastazja nie mogła opanować zdumienia, ale też zachwytu. Trochę jakbym skakała ze spadochronem bez spadochronu. Miałam ochotę to wszystko powtórzyć, ale włażenie na górę trwałoby zbyt długo. Zamiast tego ruszyłam do salonu.
Tata czytał gazetę, mama rozmawiała przez telefon. Żadne z nich nie zauważyło mojej obecności, więc usiadłam po prostu obok nich. Tak zazwyczaj spędzaliśmy czas przed opuszczeniem domu. Niedługo potem wstali bez słowa i wyszli, a później usłyszałam trzask drzwi. Trochę się zmartwiłam, bo chciałam ich jednak poinformować, że zmieniam stan skupienia. Trudno, powiem im, jak wrócą z pracy.
Uświadomiłam sobie, że wciąż mam na sobie tylko piżamę, ale nie miałam czasu na wracanie do szafy. Zabrałam spodnie i kurtkę mamy, do tego wsunęłam tenisówki taty. Siła grawitacji znów zaczęła na mnie działać. Dla lepszego efektu założyłam jeszcze rękawiczki i czapkę, więc twarz i dłonie również nie powinny się rozwiać. Wtedy sobie uświadomiła, że wystarczy silny podmuch wiatru, a jej ciało rozpadnie się. Ta wizja wywołała u niej dreszcz, więc do stroju dodała szalik, nałożyła także okulary przeciwsłoneczne. W ten sposób opuściłam dom i ruszyłam w kierunku Akademii.
Nie pomyślałam o tym, jak przyjmą mnie w szkole z takim wyglądem, więc każdy krok (teraz już miałam lepsze tempo) dostarczał mi dawki stresu. Już widziałam wszystkie te oczy skierowane w moją stronę, szepty na korytarzach. Stanę się pośmiewiskiem na cały tydzień. Nie miałam jednak wyboru; jeżeli zdjęłabym kurtkę, musiałabym pokazać się w piżamie. Był to zwykły biały T-shirt, ale przebywałam w nim w komodzie życiowej, a każdy rozpoznałby zapach płynów, które ją wypełniały przez trzy godziny każdej nocy. Poza tym, moje ramiona coraz bardziej przypominały gałązki ‒ oczywiście kształtem, a nie kolorem. Co o mnie pomyślą? Anastazja przypomniała sobie o swojej koleżance, która raz łaziła w kurtce przez cały dzień, jak inne dziewczyny spytały się jej, czy nie stać jej na sweter. Łzy napływały do oczu zanikającej, gdy uświadomiła sobie, że mogą zrobić jej to samo. Po chwili jednak i one wyschły, gdyż imitacja gałek ocznych, która jej została, nie była zdolna do takiego procesu. Szybko zdjęłam szalik, czapkę i okulary. Dwa pierwsze przedmioty upchnęła po kieszeniach, trzeci wrzuciłam do torby. Rękawiczki znalazły swe miejsce między podręcznikami. Rozpięłam suwak kurtki; może nie będę musiała jej zdejmować, jeśli po prostu zostawi ją niezapiętą.
Drzwi Akademii stanęły przed uczennicą otworem. Wpadła do środka, sunąc pod ścianami, by nikt jej nie zauważył. Tego dnia razem z moją klasą mieliśmy się spotkać z dyrektorem, aby omówić nasze wyniki w nauce i plany na przyszłość. W końcu stanęłam pod gabinetem pana Ildefonsa.
Podeszłam do grupki chłopaków z mojej klasy. Spojrzałam na ich twarze. Wydały mi się zupełnie obce! Rozejrzałam się wokół. Nie poznawałam nikogo z nich. Jak to możliwe? Wszakże pamiętałam każdą osobę z mojego rocznika. Byłam pewna, że to na pewno dzisiaj miałam się spotkać z dyrektorem. Sprawdziłam na tablicy ogłoszeniowej; wszystko się zgadzało. Co było nie tak?
Zjawa pozbawiona dłoni podeszła do dwóch dziewcząt.
‒ Widziałaś może dziś Anastazję? ‒ powiedziała jedna z nich.
‒ Kogo? ‒ odparła druga.
‒ No, taka... w sumie to nie pamiętam. Nie wiem co mówię, nie wpisałam do komody, by dostarczyła mi płynów energetycznych.
‒ Och, bidulko. Hej, ktoś zostawił kurtkę na ziemi!
Odwróciły się. Za nimi leżały spodnie, tenisówki, rękawiczki i parę innych drobiazgów.
‒ Czy to nie są rzeczy tego słynnego bezdzietnego małżeństwa, jedynego w Cywilizacji? ‒ zdumiała się pierwsza.
‒ Co one miałyby tutaj robić? Trzeba to później oddać.
Daleko od Akademii, szkoły szkolącej przyszłych polityków, piętro w pewnym domu wyparowało. Niegdyś znajdował się na nim pokój z dwoma obrazami wykonanymi przez nikogo.

4 komentarze:

  1. Próbuję zrozumieć, co właśnie się wydarzyło.
    Ale chyba nie łapię xD
    Opowiadanie cudowne! Przypomina z klimatu Twoje stare prace. Jest takie niecodzienne i enigmatyczne. Cudo.
    I kompletnie nie przeszkadza mi fakt, że chyba go nie rozumiem. Trudno. Nie trzeba rozumieć.
    Zachwyciło mnie powolne przeskakiwanie z narracji pierwszoosobowej do trzecioosobowej. Było takie... takie. Takie. Ciekawe. Super to wszystko obmyśliłaś.
    Chylę czółka.

    Pozdrawiam. Pozdrawia. Serdecznie.
    (to najbardziej nieskładny komentarz w moim...w jej życiu)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy się cieszyć, czy nie, że nie rozumiesz :D
      Cieszę się, że ci się podobało! Chciałam to napisać od dawna, a że nadarzyła się sposobność na obozie, to żal nie skorzystać ;)
      Pozdrawiam również i dziękuję za komentarz! kotołaczka02

      Usuń
  2. Zarówno na obozie jak i teraz przy końcówce chce mi się płakać :") <3 Teraz ja Ci dam order, dobrze?
    A WIĘC WERBLE POPROSZĘ.
    Przyjmij Kotlaczko, na dowód mej niepojetej dumy... Order Unzania.
    *gdy go chwytasz z uśmiechem, zwracam się jeszcze do pozostałych *
    Brawa dla niej! Brawa dla niej!
    Tłum się do mnie przyłącza.Na sali aplauz, jakiego świat kotów jeszcze nie widział. I wtedy jeden z kotów (mówią na niego Literat Wielki), który nie pojawia się zbyt często na takich literackich zebraniach... uchyla kapelusza i podaje Ci białą kopertę z czarną, kocią łapka. Nie ma w liście wiele słów, jest tylko jedno zdanie.
    NIGDY NIE PRZESTAWAJ PISAĆ.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. (Drobna uwaga... *kotołaczko :D)
      Jestem zaszczycona... Dziękuję, wzruszyłam się :') <3
      To ja też schowam ten order do serduszka, pozwolisz?
      Pozdrawiam! kotołaczka02

      Usuń