piątek, 12 sierpnia 2016

Po co się wysilać, skoro są...

Witajcie! Dzisiaj prezentuję kolejne opowiadanie napisane na obozie literackim. Zadanie było takie; każdy dostał zdanie, od którego mogłoby się rozpoczynać zadanie matematyczne. Tekst miał się kończyć efektem opisanym w tym zdaniu. Moje brzmiało: "Ania miała 6 czarnych i 5 białych myszy".
Uznałam, że skoro w najbliższym czasie przybędzie parę opowiastek, w których główną rolę pełnią koty, dodaję nową etykietę; Kocie Bajania! Wszystkie etykiety znajdziecie w stopce, łącznie z nową.
Proszę bardzo:
‒ Ania, wstawaj. Wstawaj, mówię!
Uniosłam powiekę. To zdarzało się coraz częściej. Stara wiedźma po prostu wykorzystywała mnie, a ja nie dostawałam od niej żadnego wynagrodzenia. Nie liczę jedzenia, to powinno być oczywiste. Sen również wydawał mi się rzeczą naturalną, tymczasem zostałam go brutalnie pozbawiona.
‒ Musisz mi złapać jedenaście myszy ‒ warknęła czarownica. ‒ Pospiesz się, muszę zdążyć przed zachodem słońca! Tylko ich nie zabijaj!
Przecież już to robiłam wczoraj! Czyżby znowu od niej uciekły? Nie zdziwiło mnie to. Ja też powinnam. Wyraziłam swoje niezadowolenie poprzez syknięcie.
‒ Prędzej! Jak skończysz, dostaniesz prezent.
O. Ja. Nie mogę. Podarunek! W końcu się doczekałam. Nikt nie zasługiwał na nagrodę bardziej niż ja. Niewątpliwie jędza nie przeżyłaby beze mnie dnia. Każda magicznie uzdolniona istota musi mieć powiernika swoich sekretów, inaczej jej głowa eksploduje od nadmiaru tajemnic. Tak więc zawdzięczała mi życie, bezczelna.
I chociaż najchętniej spędziłabym ten dzień leżąc na kanapie, to ostatecznie wyszłam z chatki. Mieszkałyśmy w środku lasu, więc raczej nie powinnam mieć problemu ze znalezieniem gryzoni. Problem będzie polegał na tym, jak je przetransportować. Chwycić całą jedenastkę w pysk? Przenosić pojedynczo? Przede wszystkim nie mogłam się napracować, to źle działało na moją wątrobę. Czy tam żołądek. Albo serce. W każdym razie musiałam się oszczędzać, tak.
W końcu dotarłam do tej części boru, która stopniowo przemienia się w pola uprawne. Przylgnęłam do podłoża i zaczęłam nasłuchiwać.
Myszy chyba od dawna nie spotkały żadnego zagrożenia, bo nie zachowywały się zbyt cicho. Poprzez szum pszenicy i stukot dzięcioła dosłyszałam piski co najmniej trzech takich zwierząt. Przypomniałam sobie, jak to robiłam, zanim czarodziejka nie wzięła mnie do siebie. Schowałam pazury, uspokoiłam oddech, wciągnęłam brzuch. Niemal wszystkie mięśnie miałam napięte. Zaczęłam się skradać, nieustannie węsząc. Zboża tłumiły zapach mojego celu, lecz nie na tyle, bym nie wiedziała, gdzie iść. Przedarłam się przez kłosy, aż dostrzegłam ofiary. Siedem brązowoszarych mysz spożywało posiłek, zapewne matka i jej młode. Trochę mi się zrobiło żal tych maciupkich stworzonek, nie wiedziałam przecież, do jakich bluźnierczych zaklęć czy eliksirów wykorzysta je czarownica. Otrząsnęłam się z tego; tylko polowanie. Skoczyłam.
Przygniotłam największą mysz i cztery mniejsze, łapami przygarnęłam do siebie pozostałe. Rodzina zaczęła piszczeć przeraźliwie, aż położyłam uszy po sobie. Nie zważając na protesty złapałam za ogon wszystkie na raz (nie była to najwygodniejsza czynność, jaką miałam wykonać w życiu) i ruszyłam z powrotem. Wrzaski były na tyle nieprzyjemne, że aż przyspieszyłam do truchtu, nie zdarza się to często, tak więc gdy znalazłam się w chacie, nie mogłam złapać oddechu.
‒ Dobra, dobra ‒ burknęła stara. ‒ Wstawaj, bo to jeszcze nie koniec. Jeszcze... cztery. Tak.
Fuknęłam na nią, ale ta po prostu złapała mnie za kark i wyrzuciła za drzwi, zatrzaskując je z hukiem, który poruszył cały las. Świetnie. To z nią mam spędzić resztę życia? Nie wolałaby znaleźć sobie jakiegoś człowieka do dręczenia? Albo chociaż manekina? No tak, musi być ktoś żywy, bo inaczej z jej głowy zostanie mokra plama. Chciałabym to zobaczyć, niewątpliwie byłby to piękny widok.
Z pozostałą czwórką poszło mi jeszcze szybciej. Gryzonie bawiły się nad strumieniem, więc zaczaiłam się na nie i zaniosłam w paszczy (jedna prawie mi uciekła, ale nie ze mną takie numery) do czarownicy.
‒ Wreszcie ‒ wystękała, gdy się jej ukazałam. Chwyciła zwierzaki, ukazując jedyne dwa zęby, które jej pozostały (bynajmniej nie te mądrości). Jednym ruchem dłoni zmieniła barwę sierści myszy, tak że otrzymała sześć czarnych i pięć białych. Potem obcięła im ogony i wrzuciła do kotła, czemu towarzyszył koncert pisków. Machnęła ręką; dźwięki przycichły, a rany zasklepiły się.
‒ Teraz są twoje ‒ oznajmiła. ‒ Możesz z nimi zrobić co chcesz.
Dała mi myszy? Acha, rozumiem, już są jej niepotrzebne, więc może mi je oddać, super. Poza tym, sama je złapałam, co to za nagroda! Myślałam, że to będzie coś niezwykłego, na przykład ludzki głos. Wówczas mogłabym jej powiedzieć, jak bardzo nią gardzę.
Ale okej, mam jedenaście myszy. Uznałam, że nie będę ich zjadać. Nauczę je utrudniać życie wiedźmie ‒ będą jej niszczyć obiady, próbki, robić do eliksirów. Mogłabym to robić sama, ale po co się wysilać, skoro są te stworzonka.
 

7 komentarzy:

  1. Dopiero w połowie zorientowałam się, że narratorem jest kotka. Z początku myślałam o jakiejś dziewczynie, służącej czy też niewolnicy, ale "pazury" wszystko wyjaśniły.
    Poda mi się ten tekst, krótki, całkiem pomysłowy. Czasami trudno napisać coś tak pod polecenie ;)
    Pozdrawiam
    Tutti
    MÓJ BLOG

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki też miałam zamysł, żeby nie od razu było wiadomo :D
      Dziękuję! Też tak sądzę.
      Pozdrawiam również! kotołaczka02

      Usuń
  2. Ja też początkowo myślałam, że narratorką jest jakaś dziewczyna, służąca, uczennica... coś w tym stylu. A tu kotka:D
    Ale fajny pomysł, bardzo mi się podoba. Zwłaszcza ironiczna, sarkastyczna i humorystyczna narracja Ani, naprawdę dobrze się bawiłam! Opowiadanko bardzo pomysłowe, w życiu nie wpadłabym na coś takiego:)
    Pozdrawiam ciepło!
    P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A poza tym, #teamkoty:D

      Usuń
    2. Dziękuję! Jak myszy, to pomyślałam o kotach oczywiście ;)
      Pozdrawiam również! kotołaczka02

      Usuń